środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział 36

Czy tylko ja mam wrażenie, że coraz to nowsze fragmenty tej historii są tak jakby... nie moje?

36.
Przyspieszony rytm serca, niemiarowy oddech, nogi plączące się przy każdym ruchu, dłonie zaciśnięte w niemym proteście.
Tu-du. Tu-du. Tu-du.
Nie mam pojęcia, gdzie aktualnie się znajduję. Wiem jedynie jedno – jego już tu nie ma. Uciekam w bezpieczne miejsce, nie patrząc na to, co zostawiam za sobą. Ruinę czy może dzieło?
Jestem w szoku, z którego nie potrafię się porządnie otrząsnąć. To takie obezwładniające uczucie, przy którym tracisz kontakt z rzeczywistością. Wszystko zaczyna zlewać się w jeden rozmazany obraz.
Biegnę, a może idę, by nie zwracać na siebie zbytnio uwagi? Naciągam kaptur bluzy (dziwne, wcześniej jej nie miałam) najmocniej na twarz jak tylko mogę. Z trudem udaje mi się pokonać następne metry. Zapiera mi dech w piersiach. Podtrzymuję się o ścianę nieznanego mi budynku. Przy każdym wdechu, rozpoczynającym się świśnięciem, płuca palą mnie niemiłosiernie.
Tu-du. Tu-du. Tu-du.
Nie mam już siły. Potrzebuję chwili wytchnienia, choć wiem, że nie mogę sobie na nią pozwolić, bowiem tam, skąd uciekam, nie ma życia. Muszę ratować siebie, ale czy jest to możliwe, kiedy samym się jest powodem zagłady?
Ruszam dalej przed siebie, starając się wyglądać normalnie, by wtopić się jak najdokładniej w otaczający mnie tłum. Muszę przeć na przód, gdzieś tam czeka na mnie Dominick. A ja obiecałam mu, że będę.
Tak bardzo chciałabym móc się poddać. Dlaczego to wszystko nie może się już po prostu skończyć? Po co mam z tym żyć? Bo co? Bo ona tak chce? Nonsens. Mam dość, ale nie mogę odejść. To właśnie ją usatysfakcjonuje, a ja nie mam w zwyczaju poddawać się bez walki.
Chce mnie zniszczyć? Proszę bardzo, droga wolna, tyle że gorzej już być chyba nie może. Zaczęła to, choć zdawało jej się, że początek będzie najtrudniejszym punktem, że szybko mnie złamie. Otóż nie. Koniec. Koniec jest o wiele trudniejszy, nie wiadomo, czy to już teraz, jutro, a może za miesiąc.*
Chce się mnie pozbyć? Niech próbuje, mam swoją godność i nie tak łatwo będzie mi ją odebrać. Niech stanie do walki, niech nasze losy zostaną ułożone na boskiej wadze. Przeżyje tylko wygrany, dla przegranego nie ma w tym ciele miejsca.
Ostrość widzenia powoli zaczyna do mnie wracać. Dostrzegam coraz to więcej szczegółów w swoim obrębie. Idę ze zwieszoną głową, aby nikt przypadkiem nie zdołał dostrzec mojej twarzy i skojarzyć z właściwą osobą. Trwam, chociaż mam wrażenie, jakby w ogóle mnie tu nie było.
Co ja tu robię? Przecież nie pasuję tutaj.
Egzystuję jako odpad, który nigdy nie powinien zaistnieć. Coś, przez co mogą być tworzone jedynie kłopot, aniżeli wartościowe rzeczy.
Po rozgorączkowanym policzku spłynęła mi pojedyncza łza. Tay miał rację. To ja jestem tą zarazą, tym wybrykiem natury, po prostu kimś, kto powinien zniknąć i już nie wracać.
Plecak ciąży mi na zmęczonym kręgosłupie. Słońce jest już wysoko na niebie, co oznacza, że w nocy nie zmrużyłam ani razu oka. Czuwałam, bo wiedziałam, że on gdzieś tam jest.
Uniosłam zbolały kark, żeby dowiedzieć się, jak daleko mam do brata. On to rozumiał, on jedyny był mi w stanie teraz pomóc. Teraz, kiedy tracę kontakt ze światem realnym, kiedy zaczynam być na krawędzi. W oddali zauważyłam tak dobrze znaną mi sylwetkę. Ożywiłam się na jej widok, już miałam nadać sobie żwawszy krok, kiedy ujrzałam czarne audi i zaraz obok niego dwie postacie.
Zamarłam. Tego nie było w planie, Nick miał być tutaj sam i czekać do trzeciej. Gdybym nie wróciła w umówione miejsce o tej godzinie, zadzwoniłby na policję.
Po dokładnym przyjrzeniu się im stwierdziłam ze stu procentową pewnością, że to Kaulitzowie. Tych zwisających spodni i nastroszonych włosów nie da się pomylić. Tylko czego oni tutaj chcą?
Cały czas łupało mnie w głowie. Ten ból jest jednym z najtrwalszych i najdokuczliwszych, jaki doświadczyłam. Zresztą nie ma się czemu dziwić. Gdy ktoś z niezłą siłą, z zaskoczenia uderza cię w tył głowy kolbą pistoletu, musisz spodziewać się potem takiego rezultatu.
Nabrałam powietrza, co nie obyło się bez piekącego, nieprzyjemnego uczucia w piersiach. Zacisnęłam pięści, ówcześnie naciągając bluzę na dłonie. Poprawiłam plecak na ramieniu i po cichu zaczęłam się zbliżać do całej trójki.
– No i gdzie ona jest? – westchnął Bill, przestępując z nogi na nogę.
– Mówiłem wam, że ma ważną sprawę do załatwienia. – Dominick przeniósł wzrok na zegarek na prawej ręce. – Ale zaraz powinna tu być.
– Oby. Chcieliśmy się jeszcze pożegnać – mruknął gitarzysta lekko zmieszany.
Przystanęłam tak, że brata miała po prawej, a przyjaciół po lewej stronie. Przekręciłam głową w lewo. Przykułam ich uwagę.
– Pożegnać się przed czym? – zapytałam z wymuszonym uśmiechem, nie za bardzo pokazując im swój prawy profil.
– Nic ci nie mówiliśmy? – zdziwił się Tom.
– Jakoś nie wspominaliście. – Nie przypominałam sobie czegoś, przed czym mieliby się ze mną żegnać.
– Wyjeżdżamy – odparł poważnie Bill.
Tu-du. Tu-du. Tu-du.
– Musimy udzielić kilku wywiadów, zrobić sesje zdjęciowe i kilka innych spraw związanych z nowymi płytami, a z tym jest podwójnie dużo roboty – dodał szybko, widząc moją reakcję.
Odetchnęłam z ulgą. Kątem oka widziałam, jak Nick cieszy się na mój widok. W gruncie rzeczy byłam cała, pomijając pewnie teraz różnokolorowe sińce po prawej stronie twarzy.
– Uhm. Jasne. To powodzenia. – Wykrzywiłam wargi w uśmiechu, choć czułam, że nie wyglądam przekonywująco.
Byłam wyczerpana z sił, a stanie tutaj i wysilanie się na w miarę logiczne odpowiedzi było ponad moje możliwości. Ledwo stałam na nogach, co brat dostrzegał z każdą sekundą, ale dla bliźniaków musiałam być silna.
– Myślę, że powinnaś im powiedzieć, Nicka – szepnął mi do ucha, po czym zdjął mi kaptur z głowy.
– Wiem.
Zwróciłam się w ich stronę, podtrzymując się ramienia Nicka. Nogi dosłownie się pode mną uginały. Kiedy buzowała adrenalina w moich żyłach, nie odczuwałam aż tak tego zmęczenia. Teraz mam wrażenie, że gdybym poszła się zdrzemnąć, spałabym przez co najmniej dzień.
– Słuchajcie, chłopaki, muszę wam coś powiedzieć. Może trochę późno, ale ważne, że w ogóle – zainteresowali się tym, co miałam im do powiedzenia. – Będzie mi z tym trudno, a wam jeszcze bardziej, ale od pewnego czasu się do tego szykuję. Ja…
Nie dokończyłam, bowiem telefon Toma rozdzwonił się w najważniejszym fragmencie mojej wypowiedzi.
– Tak? Bill, do ciebie – przekazał bliźniakowi urządzenie.
– Halo?
Słyszałam, jak po drugiej stronie ktoś nawija o ich spóźnialstwie, niedbalstwie i wykrzykuje masę przekleństw po niemiecku, a nawet po angielsku Przyznam, że trochę zaniepokoiły mnie te wrzaski. Za coś mu się porządnie obrywało, choć zbytnio się tym nie przejmował. Kaulitz spoglądał na mnie spod wachlarza gęstych rzęs.
Peszyło mnie to, jak na mnie patrzył. Kryło się w tym niepohamowany pożądanie, jakiego nie potrafił ukryć i którego zdecydowanie nie powinien do mnie czuć. Nie wyobrażam sobie, jak niebezpiecznie jest darzyć mnie tak głębokim oraz poważnym uczuciem jak to.
– Tak, jesteśmy właśnie poza miastem. Mamy tylko kilka kilometrów do nadrobienia. Będziemy na czas.
Oddał telefon Tomowi.
– Wybacz, ale musimy już iść.
– Ale…
– Powiesz nam innym razem – uciął i przytulił mnie krótko.
Tyle że innego razu może już nie być, pomyślałam, obserwując ich, kiedy wsiadali do auta. Tom machnął jeszcze do mnie na pożegnanie ręką i zniknął we wnętrzu samochodu. Odjechali z wyraźnym piskiem opon.
Szansa, by powiadomić ich o moim wyjeździe właśnie uciekła mi sprzed tego krzywego nosa. Osunęłam się na kolana, zaniósłszy się stłumionym szlochem. Nie chciałam, żeby to się tak potoczyło. To miało wyglądać zupełnie inaczej.
Przymknęłam tylko na chwilę powieki, a kiedy je ponownie otworzyłam, staliśmy przed naszą ulubioną kawiarnią. To właśnie w niej podkradłam Tomowi czapkę i oblałam go orzeźwiającą szklanką, bodajże, wody.
Zajęliśmy ostatni stolik na dworze, tuż przy ogrodzeniu. Oboje woleliśmy, żeby nasza rozmowa była w jakimś stopniu intymna. Ale gdyby nam na tym aż tak bardzo zależało, po prostu poszlibyśmy do domu, tak nikt nie mógłby nas podsłuchać.
Dodatkowo świadomość, że muzyków nie ma w mieście i nie będzie przez kilka następnych dni była chorobliwie dołująca. Gorzej już być chyba nie mogłam trafić. Z deszczu pod rynnę, wprost idealne położenie dla persony takiej jak ja.
Przez kilka minut przyglądaliśmy się sobie w milczeniu. Kelnera przez ten czas nawet nie było widać w tej części kawiarenki. Czułam się dziwnie, jakbym była wyrwana z filmu. Ludzie, brat, budynki, kolory, zapachy, dźwięki – to wszystko wydawało się obce. Takie nieznane.
Jaką cenę przyjdzie mi zapłacić za bycie sobą? Jaką rózgę otrzymam? Jeśli nie to jest nazywane końcem, to co nim jest?
– Nie za gorąco ci w tej bluzie? – spytał podejrzliwie młody dorosły.
Dopiero w tym momencie postanowiłam przyjrzeć się temu ubraniu dokładniej. Skupiłam się na jej kolorze, którego nazwa nagle wyleciała mi z głowy. Ale faktycznie, zaczynało mi się robić w niej gorąca, a całe plecy miałam zroszone chłodnymi kropelkami potu.
Tu-du. Tu-du. Tu-du.
– Nie-e – zająknęłam się.
Szmaragd.
Unikałam jego wzroku, chowając ręce pod szklanym stolikiem. Zorientował się. W sumie nie mogło być inaczej. Zbyt dobrze mnie zna, by odpuścić tak łatwo. Tkwi w tym od samego początku, tak samo długo jak ja.
– Rauch – naciskał. – Oddaj mi tę bluzę. Nie jest twoja.
– Skoro mam ją na sobie, coś musiało się stać z jej właścicielem – burknęłam coraz bardziej zaniepokojona wizjami Er przy Tayu.
– Tylko co?
Wziął moją prawą rękę w dłoń, mimo że napinałam ją do granic możliwości, zaś drugą odsłonił zielonkawy rękaw. Naszym oczom ukazała się zaschnięte krew okalające większość bladej skóry. Rozmaite plamy układające się we wzorki budziły we mnie od dawna skrywany lęk.
– Pokaż drugą rękę – poprosił Nick bardziej opanowany ode mnie.
Wydawałoby się, że widok ułamka zbrodni nie wywołuje z nim żadnych emocji. Analizował wszystko, by móc jak najlepiej mi pomóc. Jako jedyny starał się, bym nie musiała być w tym sama. Chciał unieść kawałek tego ciężaru za mnie.
Zrobiłam to bez zbędnego protestu. Na drugim przedramieniu było dokładnie to samo. Zmarszczyłam brwi oraz przygryzłam górną wargę w zakłopotaniu. Oby to nie była prawda. To nie może być prawda.
– Co się tam wydarzyło? – Puścił moje ręce, a ja szybko schowałam je pod stół i zaciągnęłam rękawy aż po koniuszki palców.
– Nie pamiętam. Przecież dobrze o tym wiesz – jęknęłam. – Taśma się urwała w pewnym momencie, a film płynął dalej. Obudziłam się gdzieś przy rowie, poza miastem – mówiłam dalej, już łamiącym się głosem. – Dobrze wiesz, że to nie ja. Ja taka nie jestem. To ona. Er zawsze sprawia, że koszmary stają się rzeczywistością. Wierzysz mi, prawda?
– Oczywiście, że ci wierzę – odparł niemal natychmiast.
– Ja tego nie chciałam. To Tay chciał porozmawiać, to jego wina. Nie przewidział konsekwencji, a teraz będę mieć go na sumieniu. Mogłam go przecież jakoś ostrzec. – Załkałam przybita swoim własnym, aktualnym położeniem. Przyłożyłam czoło do chłodnego szkła. – Dlaczego zawsze obiera mi to, na czym mi najbardziej zależy?
– Jeszcze tego nie rozumiem, ale dowiem się tego – zapewnił, gładząc mnie dłonią po plecach.
Sięgnęłam do plecaka po chusteczkę. W końcu musiałam otrzeć te łzy. Na nic się teraz nie zdadzą. Tay przypłacił swoją ciekawością życiem. A wiadomo, że jest ona pierwszym stopniem do piekła. Jak widać, Veronica postanowiła osobiście go do niego wysłać.
I choć mu się to należało, wolałabym, żeby okazało się, że jednak żyje. Nikt nie zasługuje na taki los, jaki spotkał jego, Jamie’ego i Lorein.
Kątem oka dostrzegłam rozsznurowanego buta. Wydało mi się to nieco niepokojące, a nawet dziwne, jednakże nie przejęłam się tym zbytnio i zabrałam się za sznurowanie go. Zmartwił mnie fakt, że kieszonka w bucie, w której powinien być przenośny nóż, była pusta.
– Nie mam scyzoryka – rzuciłam krótko do brata sprawdzającego coś w komórce. Uśmiechał się pod nosem.
– To by wiele wyjaśniało – skwitował wciąż zaaferowany rozmową z kimś.
Prychnęłam na znak swojego niezadowolenia, co spotkało się z teatralnym przewróceniem gałek ocznych mojego prawnego opiekuna.
Wmurowało mnie w ogrodowe krzesło, kiedy ujrzałam zawartość plecaka. To wszystko mieściło się poza granicami mojego zdrowego rozsądku, a także wyobraźni na jej temat.
– Obejrzyj sobie – podałam czarny plecak bratu – nie mam ochoty na to patrzeć.
– Kamera… dziennik… Skąd to masz?
Pokręciłam przecząco głową na znak, że nie wiem. Wstałam od stolika, by udać się w głąb lokalu.
– Idę umyć ręce – uprzedziłam jego pytanie.
– Coś ci zamówić?
– Latte, z cukrem – dodałam po chwili namysłu, po czym ruszyłam do wejścia.
To, co wydarzyło się dzisiejszej nocy, pozostanie odwieczną tajemnicą. Kolejny taki wybryk Er. Właśnie dlatego muszę jak najszybciej wyjechać. Nie może zorientować się, co łączy mnie z Billem i Tomem. Jeśli się dowie, oni będą następni, a ona nie ugnie się, póki nie dostanie tego, na co, według siebie, zasługuje. Nie ma żadnych zahamowań. Choć szczerze wątpię, że jeszcze nie wie.
Muszę zrobić wszystko, by chociaż oni byli bezpieczni.
„Smutno jest zdać sobie sprawę,
Że tym, których kochamy,
Będzie lepiej bez nas”
Sophie Jordan


Kilka nieprzespanych dni i tysiąc minut spędzonych nad rozmyślaniem później.
Przez ostanie dni straciłam kontakt z rzeczywistością. Wolałam siedzieć w swoim pokoju i wpatrywać się bezmyślnie w życie miasta za oknem. Mało co było w ogóle stanie do mnie dotrzeć. Stałam się nadzwyczajnie nadwrażliwa.
Wszyscy wokół mówią, że to Reisefieber – stan zdenerwowania przed podróżą – ale ja wiedziałam, że nie o to właśnie chodzi. Przygotowywałam się na to, by raz na zawsze rozprawić się z tym przeklętym miastem, z tymi fałszywymi ludźmi.
Lubiłam samotność, jakoś nigdy nie przeszkadzała mi jej obecność, w szczególności w takich chwilach. Stała się przyjaciółką, na którą zawsze mogłam liczyć. Bo rany, które się nie goją, można opłakiwać jedynie w samotności*, a tak się składa, że wewnątrz jestem pokryta takimi ranami, choć z zewnątrz dawno zdążyły utworzyć się z nich blizny.
Słyszałam, jak na dole Nick omawiał szczegóły z Reynaldo, który okazał się tak wspaniałomyślny, że zaproponował, iż weźmie większość zapakowanych rzeczy do samochodu i przewiezie je nam do Barcelony. Podróżowanie samolotem z tak dużym bagażem było ponad nasze siły, toteż Dominick przystał na tę sugestię ochoczo.
Nasz przyszły współlokator wydawał się dość prostym człowiekiem, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo tyle tylko go widziałam. Przeciętnego wzrostu Hiszpan z piwnymi tęczówkami i nienagannej posturze. Sprawiał wrażenie dobrego człowieka, aczkolwiek coś w jego uśmiechu nie dawało mi spokoju.
Przyjechał kilka godzin temu, a dzikusem nie jestem, więc wypadałoby się chociaż trochę zainteresować jego osobą. Jak na razie wiem jak ma na imię, co jak na mnie i tak jest dużym cudem.
Mozolnie nałożyłam słuchawki na głowę, leżąc jeszcze w nie pościelonym łóżku w piżamie. Przydałoby się w końcu zrobić coś dla bliźniaków. Bez słowa ich przecież nie zostawię, szkoda tylko, że nie odbierają ode mnie telefonów. Georg jedyny odpisywał mi na esemesy, więc coś tam wiedziałam, jak im idzie.
Wstałam, by po trzeszczących panelach przejść do biurka, na którym miałam praktycznie wszystko przygotowane. Mimo tego psychicznie nie potrafiłam się zebrać w sobie, by to zapakować i zostawić w tych drobnostkach cząstkę siebie. Automatycznie broniłam się przed stratą.
Westchnęłam głośno, zagłuszając na moment muzykę rozbrzmiewającą w uszach. Jakiś mało konkretny ucisk postanowił zagościć w okolicach żołądka. Tyle razy zmieniałam zdanie i zamysł na to, co zamierzam zrobić, że nie miałam ni grama pewności, iż postępuję absolutnie słusznie.
Przysiadłam na krześle, pociągając nosem. Drżącą ręką przysunęłam przedmioty bliżej siebie, po lewej stronie, na podłodze stało pudełko, do którego miały zostać starannie spakowane.
Ostatni raz zrobiłam rachunek sumienia i zgodnie stwierdziłam, że to wszystko, na co aktualnie mnie stać. Czas, by pogodzić się z realiami życia.
– But guilt’s a language you can understand. I cannot explain to you in anything I say or do – zanuciłam smutno tekst In between, jednej z moich ulubionych piosenek Linkin Park i zaczęłam pakować pojedyncze wspomnienia.
Pierwsze, co wpadło w moje ręce, były ręcznie spisane teksty tłumaczonych piosenek dla ich zespołu. Przejechałam po starannie wykaligrafowanych słowach na papierze opuszkami palców. To było to, co stworzyło między nami pewnego rodzaju więź. Szansa na coś odmiennego, mniej realnego.
Schowałam kartki do teczki, po czym ostrożnie włożyłam je do pudełka. Następnie spakowałam uwielbianą przez Toma czapkę z daszkiem, którą często podbierał mi, kiedy nie patrzyłam.
Na pozostałe rzeczy nawet nie chciałam zawracać tyle uwagi. Byłam świadoma, że jeśli będę zwlekać, nie zdołam tego należycie dokończyć. Włożyłam jeszcze kartkę z numerem telefonu do wnętrza czapki i zamknęłam wieczko.
Otarłam łzy z policzków i wstałam od biurka, potem udałam się z pakunkiem na parter domu. Wolałam zanieść bliźniakom ten podarunek dzień przed odlotem, jedynie w taki sposób byłam w stanie to zrobić.
Kiedy stałam przy drzwiach frontowych, zakładając buty, ściągnęłam słuchawki na kark.
– Wychodzę. Teraz możecie zamalować sufit u mnie w pokoju – zaproponowałam i wyszłam.
Postanowiłam przejść się na piechotę do posiadłości Kaulitzów. Dawka świeżego powietrza nie mogła mi zaszkodzić. Mocno przycisnęłam pudełko do siebie, jakbym bała się, że upadnie, a jego zawartość straci nagle na wartości.
W połowie drogi zdałam sobie sprawę, że na te budynki spoglądam już ostatni raz. Nie przejdę tymi uliczkami w środku bezsennej nocy, nie będę jeździć tymi środkami lokomocji. Żadna cząstka tego hamburskiego powietrza nie wypełni ponownie moich płuc. Nie spotkam tych znanych mi twarzy w Hiszpanii.
Dostałam jedną szansę na milion, by coś zmienić. Mogę ułożyć swoje życie od nowa, wykreować inną reputację i wreszcie zacząć spełniać od dawna skryte marzenia. Tylko jeden krok mnie od tego dzieli.
Ale czy tak wysoka zapłata jest na miarę moich możliwości?
W gruncie rzeczy przyjaciele będą ze mną zawsze, dopóki o nich nie zapomnę. A ja właśnie chcę ich pamiętać. Ludzie przychodzą i odchodzę i to jest w porządku. Po prostu przestanę być częścią ich teraźniejszego życia.
Stanęłam na wprost domu muzyków, starałam się zapamiętać jak najdokładniej ten budynek. Z tego miejsca miałam dobrą perspektywę na okno od pokoju Billa.
Uśmiechnęłam się na wspomnienie jak to wspinałam się po elewacji, by wejść do środka. Odruchowo poruszałam palcami u stóp, przypominając sobie gest Kaulitza ze skarpetkami, które akurat przypadkiem miałam dzisiaj na nogach.
Przeszłam na drugą stronę ulicy i skinęłam na jednego z ochroniarzy przy bramie.
– Dziękuję – powiedziałam, gdy otworzył przede mną furtkę.
W przeszło kilka kroków znalazłam się przy idealnie wyprofilowanych drzwiach. Odetchnęłam, powtarzając słowa w głowie, po czym nacisnęłam dzwonek. Długo nie musiałam czekać, żeby otworzyło się przede mną na oścież wnętrze domu. Moim oczom ukazała się Simone, co nieco zbiło mnie z tropu.
– Są może bliźniacy? – wydukałam w końcu z siebie, poczuwszy mrowienie w palcach u dłoni.
– Niestety nie. Dopiero jutro wracają – odpowiedziała z serdecznym uśmiech, a zmarszczka na czole mówiła, że martwi się o mnie. – Coś im przekazać, Nicka?
Stałam jak słup soli, przecież dobrze wyliczyłam dni. Chyba że coś nadprogramowego im wypadło, o czym Hagen najwyraźniej zapomniał wspomnieć, chociaż doskonale widział, jak bardzo mi na tym spotkaniu zależy.
– Nie, proszę pani, dziękuję. – Zawróciłam ze zwieszoną głową.
Miałam ochotę wynieść się stąd w natychmiastowym tempie. Uciekać, gdzie pieprz rośnie. Jednakże odwróciłam się na przedostatnim schodku, mówiąc:
– Albo nie. Proszę im powiedzieć, że dziękuję im za te wspaniałe chwile, za te słowa, ze tę przyjaźń. Za wszystko.


Siedziałam pod wspólnie malowaną ogrodową altanką, nieobecna. Ogarnęło mnie melancholijne uczucie, coś podobnego do letargu, ale nie aż tak bezpośrednie. Wokół mnie unosił się tytoniowy dym, jakim byłam przesiąknięta do szpiku kości.
Tak bardzo pragnęłam spojrzeć na nich jeszcze ten jeden raz, poczuć, że gdzieś jeszcze należę, nie zachować się jak tchórz, zamienić to ostatnie zdanie, przytulić i wdychać ich charakterystyczne perfumy.
A jednak los chciał inaczej, najwyraźniej tak ta historia miała się dalej potoczyć. Bez szczęśliwego zakończenia.
Nakryłam się rękoma, kołysząc się na ławce i dając upust emocjom, w szczególności doskwierającej bezradności, w postaci gorącego strumienia łez, które zdążyły już przemoczyć moje dżinsowe spodnie.
– I tried to be someone else, but nothing seemed to change. I know now, this is who I really am inside.* – Rozniósł się niewyraźny szept w mojej głowie.


*Prolog
*James Frey – Milion małych kawałków
*30 Seconds To Mars The Kill (Burry Me)
~
Adeline. – W sumie to nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Rewanż, nie rewanż, to nie o to w tym wszystkim chodzi. Ja akurat piszę komentarze z przyjemności i wydaje mi się, że nikt nie powinien robić tego na siłę. I wcale nie sugeruję, że Ty tak zrobiłaś. No właśnie nie. Er istnieje naprawdę. Mówisz, że temat zaburzeń psychicznych jest oklepany, a sama nie masz pojęcia, czym jest rozdwojenie jaźni... Dla większości to się dzieje w świecie realnym, a z pewnością dla Taya. Nie, nie, nie. Nick akurat jest bardzo dobrze w tym wszystkim poinformowany. W końcu to on zawsze stoi w jej obronie, on jedyny ma o tym pojęcie. On tylko zna prawdę. Ano mówiłaś, poniekąd też go uważam. A mimo to z jednej strony go nienawidzę, zaś z drugiej szczerze jest mi go  żal. Uwierz, za długo to byś w nim nie wytrzymała. Jak się nie po raz pierwszy wybija bark, to już aż takiego bólu się nie odczuwa, a Rauch ma wprawę w tym, co robi.
unnecessary – Aaaa, nie zgadzasz się z Nicką, a nie ze mną. Właściwie trudno określić, które przemyślenia są moje, a które są zaczerpnięte od kogoś innego. A ten lęk budzi się z niewiedzy, bo gdyby poszliby o krok dalej, być może zobaczyliby coś zupełnie innego. To tylko słodka wisienka na tym gorzkim torcie. Naprawdę? Ja nawet teraz nie mogę sobie jej przypomnieć... Czy ja wiem, nie jestem z niej zadowolona aż tak, jakbym chciała. 

środa, 29 lipca 2015

Rozdział 35

Karty na stół? Zaraz się okaże, kto miał asa w rękawie ^^

35.
30 Seconds To Mars - Night Of The Hunter

Często pytam siebie, czy ludzie mają jakiekolwiek wybory. Przecież wiele zdarzeń dzieje się wbrew naszej woli, czasami nie mamy na coś w ogóle wpływu. Co, jeśli, uogólniając, życie jest jedynie kwestią przypadku? A może wszystko jest już zaplanowane od momentu naszego poczęcia. Niektóre plemiona wierzą, że dzieje każdej żywej istoty istnieją zapisane w gwiazdach.
Jeżeli tak rzeczywiście jest, moja dawno zmieniła swoje położenie, spadając i dostosowując się do zupełnie odmiennej galaktyki. By móc zacząć żyć od nowa, bez pasma przeszłości, by być kimś innym.
Pech chciał, że część mojej gwiazdy została w starym gnieździe, więc tak naprawdę egzystowałam w dwóch światach, w dwóch różnych życiach. Jedna część mnie nie mogła funkcjonować bez tej drugiej. I tak też zrodziłam się ja – Nicka Rauch. Lecz istnieje także Veronica Joseph.
Choć nigdy nie spotkałyśmy się twarzą w twarz, wiem, że istnieje i ma się całkiem dobrze. Ja noszę w sobie jakąś cząstkę niej, zaś ona jakiś odłamek mnie. To właśnie dzięki niemu odczuwam, że zawsze przy mnie jest. Nierozłącznie podąża moim śladem. Zbłąkany duch przeszłości, który nie chce odejść z teraźniejszości.
Właśnie nim dla mnie jest, ona myśli o mnie w podobny sposób, tyle że ja jestem jej przyszłością. Mamy w sobie coś, co nie pozwala nam się od siebie oderwać. Kiedyś notorycznie słyszałam jej szepty w głowie, dzisiaj już tego nie robi. Stworzyłam pewnego rodzaju barierę, przez którą znacznie trudniej jest się jej przebić.
Pewnie stawiam kroki przed sobą, zmierzając do celu. Ciepły, letni wiatr gładzi delikatną skórę mojej twarzy, jakby chciał dodać mi tym odrobinę odwagi, która z każdym metrem malała, a także przekazać trochę ciepła wraz z otuchą. Muzyka, rozbrzmiewająca w uszach, nadaje mi spokoju. Idę dalej, niewzruszona.
Otoczenie wygląda jakby zastygło w ruchu. Czy to oni poruszają się w zwolnionym tempie, czy to może ja gnam z prędkością światła? Czas nie ma znaczenia. Nieważne, co byśmy robili i tak dana jest nam jego zbyt mała cząstka. A ludzie są istotami zachłannymi, nam nigdy nie będzie niczego dość. Dlatego podstarzali miliarderzy wstrzykują sobie botoks w czoło, policzki i nie wiadomo gdzie jeszcze. Myślą, że dzięki temu będą młodzi, a przecież ich młodość już dawno przeminęła.
Powoli czuję, jak mój chód staje się coraz cięższy, oddech urywany, jak szczęka zaciska się, a mięśnie napinają – standardowe oznaki wewnętrznego lęku u mnie. Cóż, tyle że to nie ja powinnam odczuwać strach. Przecież to ja mam właśnie przewagę nad Tayem… Tak mi się zdaje.
Co jednak nie zmienia faktu, że poszczególne lęki mamy głęboko zakorzenione w swoich podświadomościach. Także na niektóre zjawiska jesteśmy uczuleni od małego. Rodzice powtarzają dziecku, by nie dotykało włączonego żelazka, bo jest gorące i ono tego nie robi (ja akurat dotknęłam całą dłonią, ból był nie do opisania. Nigdy nie powtarzajcie tego w domu). Bo niby dlaczego mielibyśmy bać się osoby z nożem w dłoni? Odruch.
Nasz gatunek ma zakodowany w sobie strach przed nieznanym. Boimy się tego, co nadejdzie. Większość z nas nie chce próbować nowych potraw, poznawać innych religii, zaprzyjaźniać się z obcymi. Wolimy siedzieć w swoich bezpiecznych czterech ścianach, gdzie nikt nie zdoła nas czymkolwiek zaskoczyć.
Zatrzymałam się nad chwilę przy jednej ze sklepowych wystaw. Przeniosłam smutne oczy na błyszczącą szybę. Uśmiech, który miałam przy chłopakach, pozostał w tyle i zmienił się w nikłe wspomnienie. Policzki znacznie straciły na swoim kolorze, co sprawiło, iż moja twarz wydała się szczuplejsza, smuklejsza.
Przymknęłam powieki i otworzyłam je po dość długim czasie, choć może tak tylko mi się zdaje, w końcu buddyści uważają, że kiedy spowolni się oddech, czas zaczyna wolniej płynąć. Mogłam sobie pozwolić na jedną, krótką przerwę, po coś zresztą wzięłam odrobinę zapasu minut na dojście do starej bazy.
Uważnie przyglądałam się swojemu odbiciu. Jeden szczegół się nie zgadzał – ja nie mam pieprzyka przy prawej skroni. Dotknęłam tego miejsca, lecz druga ja tylko podążyła za mną wzrokiem, nie powtórzyła nawet kolejnych ruchów.
Serce biło w piersi w tak niepokojąco szybkim tempie, że bałam się, iż jeszcze kilka takich uderzeń i zdecyduje się zrezygnować z pełnionych dotychczas funkcji życiowych. Otworzyłam usta w niemym krzyku, z którego wydobyłam jedynie słowo:
– Dlaczego? – zapytałam szeptem, marszcząc przy tym w zamyśleniu brwi.
Wykrzywiła usta w drwiącym uśmiechu. Przyłożyła dłonie do swoich policzków i powoli, wbijając długie paznokcie w skórę, zaczęła ją odrywać dużymi płatami. Poprzez mięśnie, aż do kości. Wpatrywałam się w tę scenę.
Odruchowo dotknęłam pulsującego miejsca przy kości policzkowej. Miałam wrażenie, że tuż pod skórą jest milion pracowitych mrówek, pędzących w tę i we w tę. Mimo to wciąż tkanka pozostawała na swoim prawidłowym miejscu. Dostrzegając coraz większe płaty skóry u stóp odbicia, cofnęłam się o krok w tył.
Odetchnęłam głęboko, napawając się odwagą. Nie ma się czego bać, skoro jest częścią mnie, choć tak dobrze wiem, do czego zdolna potrafi być. Ze mną nie dojdzie od porozumienia, zbyt dobrze wie, czego od niej oczekuję. Ale z innymi uwielbia zawierać obrzydliwe i zastawione pułapką pakty.
Uniosłam ostrożnie spojrzenie wprost na twarz Er. Przybrała kaptur na głowę, by było widać jedynie charakterystyczne usta, którymi zawsze straszyła mnie w dzieciństwie w Halloweenową noc. Bez tego „przebrania” pokazała mi się tylko kilka razy.
Pomiędzy widocznymi ścięgnami zwisały kawałki mięsa, które przy oddechu poruszały się jak liście na wietrze. Rozmazana krew okalała jej podbródek, szkarłatne krople kapały raz po raz z brody.
– Twój czas mija. – Dobiegł do mnie zachrypnięty, melodyjny głos kobiety. – Śpiesz się.
Spoglądałyśmy na siebie jeszcze kilka sekund, potem odwróciła się i zniknęła w głębi szkła. Poczułam coś ciepłego w okolicach nosa. Przytknęłam w tamtym miejscu palec, niemal od razu zamoczył się w gęstej cieczy.
– Szlag by to – mruknęłam i zaczęłam szukać jakiejkolwiek chusteczki higienicznej w plecaku. Gdzieś w środku jakaś musi być.
Po znalezieniu upragnionej chusteczki, pomijając tysiąc prób jej odszukania, pośpiesznie zaczęłam iść, a nawet biec przed siebie, co było dość trudne z głową odchyloną do tyłu. Wszyscy wodzili za mną wzrokiem, jakbym robiła coś dziwnego.
To nic takiego. Idź prosto przed siebie i nie odwracaj się. Wszystko jest w porządku. Nic takiego się nie stało. Nie oglądaj się za siebie – powtarzałam w myślach jak mantrę. Zacisnęłam dłonie w pięści, by w jakiś sposób dać ujście swojej irytacji połączonej z domieszką gniewu.
Włożyłam  z powrotem douszne słuchawki, które, nawet nie mam pojęcia, w jakim momencie, zmieniły swoje położenie. Oraz przestały grać piosenkę, co w sumie miało swój początek u nagle wyłączonej mp3.
Ledwo otrząsnęłam się z szoku, a dotarłam do starego parku w zachodniej dzielnicy Hamburga. Coś mi się wydaje, że najbliższe godziny nie będą tymi najprzyjemniejszymi. Ale trzeba załatwić to raz, a dobrze. Bez zbędnych podchodów. Tay dostanie dokładnie to, na co zasługiwać będzie.
Zapaliwszy papierosa, oparłam się o starą korę właściwego drzewa, w koronie którego zamieszczona jest, już niestety nie do użytku, baza czterech przyjaciół. Schowałam sprzęt umilający mi czas melodiami do kieszeni plecaka i zamiennie wyciągnęłam telefon, by sprawdzić, ile minut dzieli mnie od spotkania z Tayem.
– Dokładnie trzy minuty – odczytałam z ekranu Samsunga, po czym wsadziłam go do kieszeni.
Przeczesałam włosy wolną dłonią w zamyśleniu. Sto osiemdziesiąt sekund, by rozważyć wszystkie za i przeciw, by nastawić się do tego w miarę obojętnie, by przyjąć wszystko otwarcie i przede wszystkim nie dać się sprowokować. I najważniejsze – sto osiemdziesiąt sekund, by nie dać sobie wmówić czegoś, czego nigdy nie zrobiłam, nie powiedziałam czy też nie pokazałam.
Wraz z dogasającym żarem stawałam się bardziej opanowana, a nawet gotowa na najgorsze. Muszę jeszcze pamiętać, by nie dać się zmanipulować oraz zaprowadzić w tak zwany kozi róg. Grunt to być pewnym siebie i podejmowanych decyzji. Pokojowe nastawienie także by się dobrze w tej sytuacji sprawiło.
Wzdrygnęłam się na myśl, że będę musiała stanąć oko w oko z dawnym przyjacielem. Nie boję się go ani niczego z jego strony, boję cię tego, co może nadejść ode mnie. W pośpiechu nigdy nic mi dobrze nie wychodziło, szczególnie kiedy miałam w głowie plan, który potrzebował trochę więcej czasu.
– Sądziłam, że jesteś na tyle inteligenta, by nie przyjść sama – cmoknął chłopak w dopasowanej koszulce z białym napisem wzdłuż torsu.
Błyskawicznie się wyprostowałam jak struna u gitary. Zgromiłam go wzrokiem.
– Nigdy nie jestem sama – odparłam chłodno i założyłam ręce na siebie.
Uśmiechnął się ni to ciepło, ni to prowokacyjnie. Kiedyś taki nie był, zmienił się. I to raczej nie w tym dobrym sensie. Nienawidzi mnie tak samo, jak ja jego – zbyt dobrze dostrzegam to w jego chłodnych, metalicznych oczach, które tak teraz mruży przed słońcem.
– To się jeszcze okaże. – Zbliżył się na tyle, by przestrzeń między nami była do pokonania tylko jednym krokiem.
– Nie wierzysz mi? – powiedziałam gniewnie, unosząc głowę, żeby widzieć jego twarz, a nie odsłonięte obojczyki.
– Tobie już w nic nie uwierzę. – Uniósł dłoń, by zatrzymać ją w powietrzu tuż przy moim policzku. – Jesteś cała zbudowana z własnych kłamstw, w które tak ufnie wierzysz. Sama już nie wiesz, czego chcesz, czego wymagasz od siebie, a czego od innych. – Opuszki szorstkich palców blondyna zatknęły się z moją skórą. Patrzyłam na niego w skupieniu, kiedy gładził mnie, jak kochanek swoją ukochaną. – Twierdzisz, że to z ludźmi jest coś nie tak, że to oni są wszystkiemu winni, a sama nie dostrzegasz, że to ty jesteś tą nienormalną. Tą, której już nie da się naprawić. Twierdzisz, że to ludzie są nieuleczalnie chorzy, a nie widzisz tego, że to właśnie ty jesteś zarazą, jaką powinno się tępić, by nie poszła dalej w tłum.
Opuścił rękę. W jego tęczówkach dostrzegłam politowanie. Nie potrzebowałam współczucia od osoby, która zdążyła wyrządzić mi tyle ogromnych krzywd, że nigdy nie zapomnę tego, jak mnie potraktował.
Zaczęłam iść w stronę ścieżki, byleby nie musieć być tak blisko Taya. Niemalże natychmiast za mną ruszył. Gdy doszliśmy do pustej polany, przystanęłam przy jakimś dużym dębie. Zbierałam w głowie myśli, teraz powoli zacznę mu je przedstawiać i może w końcu przestanie biadolić takie głupoty.
– Patrzysz na to z tej łatwiejszej do przyswojenia dla ludzkiego umysłu strony – zaczęłam, bawiąc się łańcuszkiem od klucza na szyi. – Łatwo jest ocenić coś, jak się to widzi tylko z jednej perspektywy. A ty, Tay, podążasz za tłumem. Od początku taki byłeś. Wygodnicki, jak rodzice. Robiłeś to, co było lepsze dla ciebie. W trudnych sytuacjach rozpływałeś się i dodzwonić się w ogóle do ciebie nie dało. Zostawaliśmy w trójkę, Lorein, Jamie i ja. A gdzie w tym wszystkim byłeś ty? – spytałam stanowczo, wpatrując się w daleki punkt za horyzontem.
Kątem oka dostrzegłam, jak wbija paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. Żyła na lewej ręce zaczynała niebezpiecznie pulsować. Świerzbi go, żeby mnie nie obrócić w swoją stronę i potrząsnąć mocno. Znałam go aż nazbyt dobrze, by takie szczegóły umknęły mojej uwadze.
– Zabolało? – prychnęłam, a moje brwi powędrowały do góry, tak samo jak kąciki ust. – To dobrze. Jak sądzisz, dlaczego nie chciałam się z wami przyjaźnić? Dlaczego byłam odmieńcem? Miano obłąkanej nadani mi nie bez przyczyny. A wy chcieliście mimo wszystko, mimo przestróg na każdym kroku poznać mnie. Teraz historia się powtarza, tyle że zakończenie będzie zupełnie inne. Wyjadę, ucieknę stąd, a to ich nie dosięgnie. Będzie dobrze.
– „Można pojechać daleko, lecz nie ucieknie się od samego siebie. Tak jak od cienia” powiedział kiedyś Haruki Murakami – szepnął, kiedy stałam odwrócona do niego przodem. – Musisz mi to wybaczyć.
Nie zrozumiałam. Wybaczyć mu co? Wybaczyć błędy, jakie popełnił? Wybaczyć mu wszystkie razy, kiedy go nie było? Wybaczyć, że zostawił mnie w szkole podczas pożaru na pewną śmierć? Że potem bezczelnie przyszedł do szpitala i zwyzywał mnie od suk? A może wybaczyć mu bagno, w jakim przez niego i jego zeznania, słowa, wywiady utknęłam?
Nie zasługiwał na każdą wylaną przeze mnie łzę. Tchórze ni są warci tego, co dostają od innych. A ten w szczególności nie jest godzien przebaczenia czy też drugiej szansy. Stracił ją, kiedy zburzył most między nami. Nie ma tutaj dla niego miejsca.
W prawej ręce dzierżył srebrny pistolet, dopiero wtedy zrozumiałam, o co mu chodziło. Przełknęłam głośno ślinę. Przygniótł mnie całą siłą do konara urodziwego drzewa i przyłożył spluwę pod żebra.
– To nie będzie dla mnie karą, Tay – wycedziłam z trudem. Zdecydowanie przypakował przez te trzy lata. – To będzie dla mnie wybawieniem. W końcu nie będę stanowić żadnego zagrożenia. A ty nie osiągniesz tego, co zamierzałeś. To nic nie da. A chcesz, bym poczuła to samo co ty, kiedy zmarli nasi przyjaciele. Chcesz zemsty. Jedynie przybędzie ci kolejny punkt do listy rzeczy leżących na sumieniu. I tak się tym nie przejmiesz, wierzysz, że to zawsze ty masz rację. – Dziwiłam się, że mówię z takim opanowaniem, kiedy to wnętrzności niemal podjeżdżają mi pod samo gardło, zaś oczy zaszły mgłą z łez, których wcale nie chciałam u siebie widzieć. Są oznaką złamania.
Przestał na mnie napierać. Odsunął się na metr.
– Szukasz powodu, przez który tak podle się czujesz, ale bynajmniej nie ja nim jestem. No dalej, zastrzel mnie – skinęłam na niego.
Podniósł broń i wymierzył prosto między moje oczy. Dobry wybór, ktoś go musiał w tym poinstruować, bo w paintballu nie miał zbyt dobrego cela. Usłyszałam szczęk odblokowywanego spustu.
– Nie zrobisz tego. Jesteś zbyt słaby, by nie popełnić potem żadnego błędu. Nie znajdziesz w tym żadnego wytłumaczenia. Tak naprawdę tego nie chcesz. Nie potrafisz nawet nacisnąć tego pieprzonego spustu. No dalej, póki masz adrenalinę we krwi. Smutne jest to, że znam twoje możliwości o wiele bardziej, niż ty sam.
– Kurwa! – krzyknął, ruszając w moja stronę. Wciąż trzymał mnie na muszce. – Przestań!
Poczułam ukłucie w serce, jakby została wbita we nie ostra igła.
– Twierdzisz, że znasz mnie lepiej. Powiesz, czy znasz mój ulubiony kolor?
Szarpnął mnie za włosy do tyłu, co i tak nie powstrzymało mnie przed szyderczym uśmiechnięciem mu się prosto w twarz i splunięciem na tę zdruzgotaną, bo już nie zacięta, buźkę.
– Bordo – odpowiedział krótko.
Pokręciłam głową, na co wzmocnił uścisk. Syknęłam.
– Granat. – To było ostatnie, co udało mi się powiedzieć.
Przed oczami zatańczyły mi mroczki. Osunęłam się na kolana. Moje bezwładne ciało opadło na grunt, który właśnie przestałam czuć pod stopami. Czy to koniec? Zrobił to? A gdzie odgłos wystrzału?
Cisza… Głucha i denerwująca cisza.


Zaczęło się od bólu głowy, stopniowo przechodził wzdłuż kręgosłupa, nie omijając żadnej części ciała, a kończył się na palcach u stóp. Ścierpło mi właściwie wszystko, a najbardziej tyłek. Spróbowałam poruszyć palcem wskazującym, lecz ani drgnął.
Powoli otworzyłam powieki, chyba nie było części ciała, która by mnie teraz nie bolała. Oślepiło mnie nieznane źródło światła, zamrugałam kilka razy, by przyzwyczaić się do lampki skierowanej wprost w moją twarz.
Rozejrzałam się wkoło, wciąż odczuwałam pulsujący i palący mięśnie od środka ból. Siedziałam na drewnianym krześle – jego oparcie wbijało się pod moje łopatki. Byłam w jakimś magazynie, wnioskując po dużej hali, w jakiej obecnie siedzę, oraz po wysokich oknach z gdzieniegdzie wybitymi szybami.
Kurz, unoszący się w powietrzu, zaczął nieprzyjemnie drażnić moje wrażliwe drogi oddechowe. Zaswędział mnie nos. Spróbowałam podrapać się w niego, lecz spotkałam się z niebywale mocnym oporem. Przeniosłam wzrok w dół. To, co ujrzałam, wprawiło mnie w niepokój.
Jak udało mu się zdobyć prawdziwy kaftan bezpieczeństwa, to nie wiem, ale jestem wściekła, jak nigdy. Myślałam, że obejdzie się bez takich środków. Przekroczył granicę, i to stanowczo. Zaczęłam się szarpać jak szalona, wierzgać we wszystkie możliwe strony jak małe dziecko. Cicho liczyłam na to, że może źle zapiął któreś z zapięć.
 – To dla bezpieczeństwa. – Najpierw usłyszałam głos Taya, a dopiero potem ujrzałam jego postać wyłaniającą się z mroku.
Już nie miał na sobie koszulki, zamiast niej przyodział szmaragdową bluzę, w której tak często lubiłam paradować w jego domu. Każdemu krokowi towarzyszyła spadająca kropla z nieszczelnej, zardzewiałej rury po drugiej stronie pomieszczenia.
– Bardziej mojego czy twojego? – parsknęłam, ostatni raz próbując wyswobodzić się z mojego koszmaru.
Nienawidziłam, kiedy w szpitalu wpakowywali mnie w to cholerstwo i zamykali w ciemnicy na kilka godzin, bym sama zmierzyła się ze swoimi myślami.
– Naszego.
Odsunął krzesło po drugiej stronie biurka, na którym to stała ta denerwująca lampa. Dziwne, że jakoś wcześniej nie zauważyłam tego mebla, choć stał tuż przede mną.
– Możesz skierować tę lampkę gdzie indziej? Czuję się jak na policyjnym przesłuchaniu – mruknęłam i opadłam na oparcie.
– No i bardzo dobrze. Chcę ci zadać kilka pytań. – Mimo to przechylił główkę oświetlenia w dół.
Wyciągnęłam szyję, żeby móc obserwować jego dalsze poczynania. Na blacie wylądowała jakaś książka. Blondyn spojrzał na mnie ukradkiem z zaciętością wymalowaną w tęczówkach. Miałam wrażenie, jakby siedziała przede mną zupełnie obca osoba, a nie persona, z którą dzielę ogrom wspomnień.
Przewrócił kilka stron książki.
– Na pozór zwyczajny dziennik. Codzienne zapiski z życia Nicki Rauch. Nic ciekawego. Ale – posłał mi swój rozbrajający uśmiech wraz z palcem wskazującym w górze – gdy przejdzie się do końca i odbije słowa w lustrze, ujrzy się zapiski zupełnie innym charakterem pisma, inna osoba prowadziła tą część dziennika. Znała ciebie i szczerze żywiła do ciebie nienawiść.
– Skąd to masz?
– Powiedzmy, że postarała się o to, by to znalazło się w moich rękach. Te notatki pozwoliły mi zrozumieć twoją naturę i postępowanie. Wreszcie udało mi się złożyć rozsypankę do kupy. – Zamknął moje osobiste przemyślenia, po czym rozsiadł się wygodnie, kładąc nogi na stół. – Twój lekarz postawił błędną diagnozę, Nicka. Ty nie jesteś schizofreniczką, ty masz zaawansowane stadium rozdwojenia jaźni. – Mówiąc to, w jego tonie pojawiła się nuta podziwu z czymś, czego nie potrafiłam określić. Może był to zachwyt, nie mam pojęcia.
– Nie mogłeś sam do tego dojść – odparłam cicho, zmarszczyłam brwi, gorączkowo się nad tym zastanawiając.
– W historii medycyny jeszcze nie było takiego przypadku, że obie strony mają o sobie pojęcie. To fenomen, wiesz? Pierwszy taki przypadek, jesteś wyjątkiem. Długo zajęło mi dojście do tego, ale w końcu się udało. A twój lekarz popełnił błąd, bo nie zagłębiał się bardziej w twoją psychikę. Schizofrenia jest bardzo podobna do posiadania dwóch osobowości, ale między nimi jest drobna różnica. Niestety, ten „specjalista” jej nie dostrzegł, przez co powstał ten błąd w kartotece, leczeniu i ta złudna nadzieja, że udało im się ciebie wyleczyć.
Źródło takich informacji było tylko jedno. Ta diagnoza była wystawiona, kiedy on uciekł z kraju. Nie mógł o tym widzieć, bo przecież nie było go tutaj. A to oznacza, że pomogła mu jedna osoba. Er.
– Masz świadomość tego, że w każdej chwili mogę pozbyć się tego kaftanu, prawda? – zagadnęłam, by zyskać nieco na czasie.
Zdjął nogi z blatu i przyjrzał mi się uważnie.
– Niby jak? – zapytał podejrzliwie.
Przesunęłam stopami krzesło do przodu na tyle, ile byłam w stanie.
– Stara sztuczka. Wystarczy, że wybije się bark. – Ponownie zaczęłam się szarpać, tym razem o wiele bardziej energicznie. – O, właśnie tak – dopowiedziałam, gdy oboje usłyszeliśmy charakterystyczne strzyknięcie. Wykonałam kilka wyuczonych na pamięć ruchów. Wyswobodziłam się do końca. – I po sprawie.
Rzuciłam specjalistyczne ubranie na podłogę, po czym  zabrałam się za nastawianie lewej kości. Syknęłam tylko na końcu, wykonując powolne, okrężne ruchy.
Niespodziewanie oczy zaszły mi mgłą. W tym momencie wiedziałam, że nie szykuje się nic dobrego. Poprzednim razem, kiedy wystąpiło takie zjawisko, wybuchł pożar w szkole. Er miała rację, mój czas minął.
Teraz ona nadchodzi. W końcu Tay chciał z nią rozmawiać. Nie wiedział, czego pragnie. Będzie tego żałował, a ona go nie oszczędzi. Nie ma tego w zwyczaju, woli działać powoli i skutecznie.

~
Adeline. – Kamień Pomorski coś mi ta nazwa mówi... Ach tak! Tam mieszka Matt Olech (taki tam Youtuber, którego strasznie lubię). Po prostu lubię zadawać pytania i patrzeć na reakcję ludzie, to w jakiś sposób mnie interesuje. Cały ich tok myślenia, to, jak postąpią dalej i co powiedzą. Fascynują mnie te wszystkie zachowania i czasami nie wychodzi mi to na dobre, ale wciąż to uwielbiam. Więc raczej trudno byłoby mi z tego zrezygnować. Niektórzy ludzie unikają tej prawdy, zaś niektórzy właśnie za nią cenią innych. Każdy czasami jest takim wrzodem i trzeba się do tego przyzwyczaić. Tak działa mechanizm ludzki, także trzeba sobie z nim jakoś radzić. Nie oszukujmy się, Nicka powinna wiele rzeczy zrobić. Ale to właśnie pokazuje, jacy niektórzy są. Ona właściwie sama nie wie, co będzie lepszym rozwiązaniem. Gubi się już we własnych realiach, zupełnie jak ja. Dobrze, że udało mi się go tutaj mniej więcej takim przedstawić, ja też właśnie za to go ubóstwiam. Ano Tay jest tutaj, macha właśnie spluwą do Ciebie na dobry wieczór. I Billa też wyobrażasz sobie czasem w blond włosach (tak mi kiedyś powiedziałaś, z tego, co pamiętam), więc ja naprawdę nie wiem, od czego to już zależy. Te jego pięć minut było i minęło z wiatrem. Przyznaję, sporo napisałaś no i jestem pełna podziwu. Nie czytałam i nie mam zamiaru, to nie historie dla mnie. A jeśli zadba i o to, żeby te rany nigdy nie powstały? Zadziwiające, że jesteś kolejną osobą, która wierzy o wiele bardziej w moje możliwości, niż ja sama, i tą, która jest teraz tak daleko. Nic tym nie zyskam, wiem, ale czasami lubię się tak wygadać.
Marta Rys – Racja, poprzedni rozdział był znacznie lżejszy od poprzednich, zaś ten jest w mojej top trójce. Może i jesteś mega nieogarem, ale właśnie za to Cię tak bardzo lubię. Może i wiesz, teraz już masz pewność i cóż, co będzie dalej wiem tylko ja, ale niedługo i Wy się o tym przekonacie. Mnie też w ładną pogodę się nic nie chce, ale jest pochmurnie i ten rozdział pisany w poniedziałek i we wtorek idealnie komponuje się w taką aranżację.
Pauliś – Pierwszy raz spotykam się z określeniem, że moja historia jest thrillerem, ale jakby się tak zastanowić, to jest i też z lekka kryminałem. Może i mogła, dla mnie i tak jest już tutaj zastawione dużo zagadek umysłowych dla czytelnika. Nie chciałam pisać czegoś powtarzalnego, mam własny sposób na to opowiadanie i tak też je prowadzę. Unikalnie. Tay, stworzyłam go jako postać, która jest czarnym charakterem, prawda? A tak naprawdę jest dobry, pociąga go chora fascynacja, ale w swój sposób chciałby pomóc Nice, szkoda, że nie zna tak dobrze zasad tej gry. Dziękuję Ci za takie słowa, są niezwykle budujące i to właśnie o Twoim komentarzu myślałam, tworząc trzydziesty piąty rozdział. Pomysł na nowego bloga już mam i myślę, że może przykuć uwagę.
Noelle Kaulitz – Myślę, że każdy umierający pisze bądź mówi motywujące rzeczy. To chyba tym już nie będziesz aż tak zadowolona. Cóż, Kaulitz myśli, że ma jeszcze sporo czasu, nawet nie wie w jak wielkim błędzie jest. Jesteś pewna, że to uczucie kiełkuje tylko w Billu? Ucieka... Tak, fakt, ucieka. Przy epilogu napisz mi, jak według Ciebie powinno się to skończyć. Przecież nigdy się nie kończy? Cały czas będziesz miała go w pamięci, ja nie zamierzam go usuwać, także cały czas będzie do Waszej dyspozycji.
unnecessary – Wiesz, że strasznie nie przepadam za swoim imieniem? Nienawidzę go. Cóż, akurat na to nie mam jakiegoś wybitne dobrego wytłumaczenia. Nadzieja matką głupich, jak to niektórzy powiadają. Ja wierzę, że taka jestem. Tak, sama jestem czytelnikiem, który lubi mieć rozwinięcie, jakoś łatwiej mi się wczuć w daną sytuację tudzież postać. Jak dla mnie warto, może jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas z pewnością tak. Sama się waham w przeróżnych sytuacjach i już nie wiem, czy postępuję słusznie... Serce nigdy nie idzie w parze w umysłem, tak jest od zarania dziejów. Mnie też, wiesz? Nie jest powiedziane to wprost, ale da się wyczuć to między wierszami. Może dlatego, że jestem smutna oraz przybita od dłuższego czasu. Zakochanie, piękne uczucie, aczkolwiek w niektórych przypadkach bardzo niebezpieczne.