środa, 10 września 2014

Rozdział 2

1. Klony nie potrafią zrozumieć tej historii – jeśli jesteś częścią niej, uważam, że jesteś wyjątkowy na swój sposób.
2. Nie musicie mi dziękować, naprawdę, robię to z czystej przyjemności, rozumiem, ile to dla Was znaczy, też bym była szczęśliwa, gdyby ktoś skomentował moje opowiadanie od początku, mimo że trafił na bloga trochę później.
3. Postaram się pisać trochę dłużej albo chociaż nie zanudzać Was detalami, które według mnie muszą tu być. Także mam nadzieję, że na dzisiaj wystarczy Wam pięć stron.

2. 

Na dworze świtało, promienie słoneczne leniwie wychylały się zza chmur. Jednakże świeciły dostatecznie mocno, by oślepiać moje spuchnięte, zmęczone oczy. Ganek domu pozostawał w półmroku, a krzaki przed nim rozwijały swoje łodygi ku ciepłym promykom. Tabliczka z numerem domu dziwnie tańczyła przed moimi oczami, najwyraźniej nie było mi dane dowiedzieć się, czy aby na pewno trafiłem pod właściwy adres. W ogóle nie mogłem się na niczym skupić. Wszystko mnie denerwuje, słyszę szeleszczące liście na drzewach, skrzypienie starej tabliczki z nazwą ulicy. Irytujące dźwięki otaczały mnie z każdej strony. Skoro tak na mnie działają czynniki zewnętrzne to jak musi się czuć teraz mój brat. Nie współczułem mu, sobie zresztą też. Mało co pamiętam z dzisiejszej nocy. Jedno z najwyraźniejszych wspomnień to męcząca podróż do tego miejsca samochodem, którym jechałem tak powoli, że nawet stary żółw by mnie prześcignął. Chwiejnym krokiem dotarłem do drzwi ze strony pasażera, otworzyłem je i z niemałym trudem złapałem ospałego Toma w me kruche ramiona. Ledwo trzymał się na nogach, gdy wracaliśmy, więc teraz postanowiłem nie ryzykować. Wziąłem go pod ramię, a gdy wyjęczał słowa protestu, uciszyłem go wredną anegdotą na jego temat. Do schodów domu dotarliśmy, zataczając się raz na lewą stronę, a raz na prawą.
Wziąłem kilka głębszych wdechów i zacząłem wspinaczkę po schodach. Co chwila miałem wrażenie, że zaraz wyrżniemy na nie i nasze kości pogruchoczą się jak pudełko zapałek. Po dłuższej chwili byliśmy już na progu domu, pozostawało już tylko wejść do niego wejść i możliwie bezszelestnie udać się do swoich  pokoi. Spojrzałem na Toma, był tak zalany, że trudno mu było cokolwiek skojarzyć. Podciągnąłem go wyżej, bo prawie leżał już na drewnianym podeście ganku. Oby nas teraz paparazzi nie złapali, to byłaby katastrofa. Zaśmiałem się, ale z mojego gardła wydobył się tylko nienaturalny rechot.
Przyłożyłem dłoń do mojego rozgrzanego czoła. Nie jest najlepiej, byłem cały lepiący się od potu. Śmierdziałem alkoholem, a moje ubrania przesiąknięte były dymem papierosowym. Zaczęło kręcić mnie w nosie, przyszykowałem się na interwencję w razie, gdybym się obsmarkał. Na szczęście wybuchł nie nadszedł. Musiałem wziąć porządną kąpiel, ale to dopiero rano, jak będę w stanie w ogóle dojść do łazienki i po drodze nie zabić się ze trzy razy. Wyciągnąłem kluczyki z tylnej kieszeni spodni, próbowałem się skupić na zamku, a ani Tom, ani słońce nie pozwalało mi tego zrobić. Najzwyczajniej w świecie nie mogłem poradzić sobie z otwarciem drzwi, co za paranoja. Zanim zdążyłem ponownie próbować uporać się z tym zadaniem, frontowe drzwi otworzyły się z cichym, charakterystycznym dla tego domu skrzypnięciem. Ciało brata ciążyło mi, co spowodowało, że niepokojąco zacząłem się przechylać w jego stronę. Poczułem, że czyjeś silne ręce biorą go ode mnie. Delikatna, ciepła dłoń chwyciła mnie za nadgarstek wciągając do przedpokoju, zrobiła to tak szybko, że w głowie zakręciło mi się, a przed oczami ukazały się czarne plamki.
Było tu jeszcze ciemno. Ruszyłem śladem drobnej kobiety, która kierowała się do salonu. Nie zdejmując butów, usiadłem z podkurczonymi nogami na fotelu naprzeciw niej. Wiedziałem kim ona jest. Otworzyłem szeroko oczy, uświadamiając sobie, co to oznacza. Masywne cielsko dreda zsunęło się z kanapy, tak że teraz leżał na beżowym dywanie tuż przy jej nogach. Zignorowałem go i zwróciłem się do blondwłosej, dojrzałej kobiety.
 Mamo- szepnąłem. Zacisnąłem szybko oczy z nadzieją, że to choć trochę poskłada moje chaotyczne myśli. Przełknąłem głośno ślinę, otworzyłem usta by dokończyć zdanie: – Ja… My naprawdę… Zrozum…
– Bill – przerwała mi swoim lodowatym, wyżutym z uczuć tonem.  Rozumiem, co nie zmienia faktu, że zawiodłeś mnie. Jesteś bardziej odpowiedzialny niż swój brat. – Równocześnie zerknęliśmy w stronę zaślinionego Toma.
 Oczywiście, że jestem – zapewniłem ją, dumnie wypinając pierś.
– Właśnie nie. I dzisiaj to udowodniłeś – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Wstałem i przesiadłem się na miejsce obok niej. Oparłem głowę na jej ramieniu, a ona chwyciła moją dłoń w swoją i lekko ją uścisnęła.
 Przepraszam – wydukałem łamiącym się głosem.
– Nie przepraszaj  wyszeptała mi do ucha, co wydawało mi się idiotyczne, bo nikt nie mógł nas podsłuchać, nieprzytomny brat się nie liczy.  Zawiodłam się na tobie, ale nikt nie jest idealny. Każdy z nas popełnia błędy.
Zawiodłem ją. W moich oczach pojawiły się gorzkie łzy żalu. Simone obróciła moją głowę w dłoniach i złożyła czuły, kojący pocałunek na moim czole. Samotna łza spłynęła po moim policzku. Chwyciła mnie w ramiona, kołysząc się w przód i w tył, zaczęła nucić starą, niemiecką kołysankę. Czułem się jak dziecko, a byłem przecież prawie dorosły! Szlochając, wtuliłem się w jej matczyny uścisk, potrzebowałem tego. Przecierając oczy i tym samym rozmazując już i tak bezużyteczny makijaż, odsunąłem się od niej. Przyglądała się mi badawczym wzrokiem. Posłałem jej blady uśmiech na ukojenie nerwów, ale nie byłem pewien czyich.
– Idź na górę, wyśpij się, a potem porozmawiamy. Ja i Gordon podjęliśmy decyzję, ale o tym dowiesz się jutro wraz ze swoim bratem.  Ponagliła mnie ruchem ręki.
 A co z Tomem?- Wskazałem go brodą i posłałem w jej czekoladowe oczy znaczące spojrzenie.
– Poradzę sobie. No, zmykaj już  dodała bardziej matczynym głosem, niż na początku rozmowy. – Dobranoc.
– Branoc – mruknąłem głośno przy tym ziewając. Potykając się co chwila na schodach, dotarłem do swojego pokoju. Padłem na łóżko w ubraniach, przykryłem kocem, oddając się w ramiona Morfeusza.


*~*

Przemierzaliśmy autostradą kolejne kilometry nieznanych mi krajobrazów. Gdzieś tam był nasz cel podróży. Oparłam czoło o szybę w samochodzie i wsłuchiwałam się  teksty piosenek, które dźwięczały mi w uszach. Przy refrenie smętnej piosenki odwróciłam się w stronę kierowcy.
Mój brat był całkowicie skupiony na drodze. Ręce trzymał zaciśnięte na kierownicy, mocno ją ściskając. Ciekawe, że jeszcze knykcie nie zaczęły go boleć. Nogi sprawnie poruszały się, na zmianę hamując lub przyśpieszając. Oczy, pełne ekscytacji, patrzyły w jakiś odległy punkt na horyzoncie. Ściszyłam muzykę, aby nie drzeć się na cały głos.
 Dominick? – zapytałam się, nie patrząc na niego
 Hm?
 Daleko jeszcze?  zadałam pytanie, które wypowiadałam co piętnaście minut. Miało ono na celu zirytowania go i odpuszczeniu tego badziewnego przedstawienia.
– Pytałaś się o to – zerknął na zegarek  pół godziny temu.
Dokładnie kwadrans temu, poprawiłam go w myślach. Uśmiechnęłam się tryumfalnie*
– No i? – drążyłam dalej ten temat, nawijając sobie włosy na palec.
 Pamiętasz, co ci wtedy odpowiedziałem?
– Że  wzniosłam oczy do góry, próbując przypomnieć sobie, co mi powiedział  że za góra czterdzieści minut będziemy na miejscu – powiedziałam, krzyżując stopy w kostkach. 
Zerknął na mnie zniecierpliwionym wzrokiem.
– Więc? Kiedy tam dojedziemy?  zapytał tonem profesora, który wykłada na uczelni straszliwe nudy na temat przyciągania ziemskiego. Co, jak co, ale talent do naśladowania głosów to on miał.
– Nie wiem. Powiedz mi  poprosiłam przesłodzonym głosikiem i teatralnie zatrzepotałam rzęsami.
 Nie rób tego teraz, proszę. – westchnął.
 Ale czego? – udałam zdezorientowanie, przybierając niewinny wyraz twarzy.
 Dobrze wiem, co kombinujesz. Już ja znam te twoje sztuczki. Ze mną nie ma tak łatwo. Aha jeszcze jedno. Nie, nie dostaniesz żadnej informacji gdzie jedziemy. Koniec. Kropka – zadeklarował. – Zresztą niedługo się dowiesz.
– Dupek –  mruknęłam pod nosem.
 Co powiedziałaś? – Uniósł wyraźnie prawą brew, a kąciki jego ust nieznacznie się podniosły.
– Kocham cię!  palnęłam pierwsze, co mi przyszło do głowy. Chwilę później mocno tego pożałowałam, ale zakryłam to nerwowym śmiechem.
 Ja ciebie też.  – Dołączył się do mojego śmiechu.
Wyjrzałam przez szybę. Mijaliśmy jakąś wioskę, domki stały obok siebie. Ludzie witali się promiennymi uśmiechami. Wydawali się tacy szczęśliwi, ale to tylko złudzenie. Każdy z nich przybiera maskę codzienności, która pozornie nadaje nam świetny humor dwadzieścia cztery godziny na dobę. Robimy tak, bo jest nam wtedy łatwiej. Wszyscy żyjemy w kłamstwach. Osoby najbardziej sympatyczne są najlepszymi graczami tej życiowej gry. Nie raz znaleźli się na krawędzi, jednak zawsze udawało im się podnieść, dzięki czemu stawali się silniejsi a zarazem bardziej niebezpieczni. Byliśmy kiedyś szczęśliwi, posiadaliśmy własne historie. Teraz jesteśmy podobni, prawie się od siebie nie różnimy. Ale istnieją czynniki, które mają wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, a przede wszystkim, kim jesteśmy.
– Jesteśmy na miejscu.
 zamyślenia wyrwał mnie głos Nicka. Schyliłam się po czarny plecak z logami różnych zespołów. By zyskać na czasie, zawiązałam ciaśniej sznurówki moich szarych creepersów i, odgarniając włosy z czoła, wyszłam na zewnątrz.
Zimny wiatr uderzył mnie mocno lodowatym podmuchem. Na moich nagich ramionach wystąpiła gęsia skórka. Gdybym miała choć więcej rozumu, wzięłabym kurtkę, skarciłam się w myślach. Wzruszyłam ramionami w obojętnym geście. Wokół mnie znajdowały się góry gęsto porośnięte lasami iglastymi. Pod stopami chrzęścił mi brązowo-beżowy żwir. W oddali dostrzegłam mały domek z szyldem na dachu. Z tej odległości nie mogłam przeczytać, co było tam napisane. Zielona farba zeskrobywała się z drewnianych ścian. Nad drzwiami wisiała mała żaróweczka, która oświetlała słabym światłem białe drzwi do chatki. Obok domu stały różnokolorowe, wąskie, jednoosobowe łódki. Obok nich leżały wiosła. Już wiedziałam gdzie jesteśmy. Kajaki. Zabrał mnie na spływ kajakowy. Stanęłam jak wryta z rozdziawioną buzią i wielkimi oczyma przyglądałam się Starszemu, który zmierzał ku mnie.
– Uważaj, bo ci mucha wleci  Zaśmiał się łagodnie, odsłaniając rząd białych zębów. 
Zamknął mi usta dwoma palcami, chwytając za podbródek. Chciał wziąć mnie za rękę, ale odskoczyłam od niego. Zaczęłam biegać w kółko jak opętana, a on bezskutecznie próbował mnie złapać. Machałam rękoma i i krzyczałam jak pomylona, że chce mnie porwać, że jest nienormalny i błagałam, by ktoś mi pomógł. Para z dziećmi, która dopiero co przyjechała, patrzyła na nas z rozbawieniem w oczach. Wystawiłam do nich język, a dzieciaki momentalnie zaczęły naśladować moje ruchy. Przystanęłam na chwilkę, a Nick z rozpędu wpadł na mnie całą swoją siłą. Zaśmiałam się histerycznie, bo jego łokieć właśnie wrzynał mi się w żebro.
 Złaź ze mnie, słoniu – wydyszałam z kropelkami potu na czole.
– Dobra, dobra. – Zszedł ze mnie i usiadł po turecku na żwirze.  Już się wykrzyczałaś, więc myślę, że możemy iść.
 Co to,  to nie. – Wytknęłam mu palcem i zaczęłam wstawać.
– O nie. Ty idziesz ze mną – Złapał mnie za biodra i odwrócił przodem do domku. 
Ruszył w jego kierunku. Zaczęłam się opierać nogami, wbijałam pięty w podłoże, jak się okazało bezskutecznie. Chwilę później siedziałam już na krześle przy biurku osoby, która nas obsługiwała. W milczeniu patrzyłam na rozkład mapy i trasy, którą będziemy musieli pokonać. Czekała mnie pięciogodzinna męczarnia z prądem rzeki.

*~*

Obudziłem się z wielkim bólem głowy. Miałem wrażenie, jakby ktoś drewnianym młotkiem bił w moje kości czaszki. Ból był nie do zniesienia. Mam teraz za swoje, było się tak nie upijać na tej imprezie. W ogóle to ile wypiłem? Przecież mam mocną głowę. Obraz zaczął mi się kołysać przed oczami, potrząsnąłem głową, ale tylko pogorszyłem swój stan. Zbierało mi się na wymioty. Powoli ogarniała mnie panika, zamknąłem oczy i zacząłem liczyć od dziesięciu. Dziesięć, dziewięć. Wdech, wydech, wdech. Pięć, cztery. Przełknąłem gorzką żółć w gardle. Wydech, wdech, wydech. Zero.
Otworzyłem oczy, wszystko było w miarę normalne. Podciągnąłem się na rekach i usiadłem na skraju łóżka. Schowałem twarz w swoje wypielęgnowane dłonie ze zdrapanymi już czarnymi paznokciami. Udałem się do łazienki. W otwarcie mahoniowych drzwi włożyłem całą swoją siłę, jaka została mi po wczorajszej nocy. Ile ja w ogóle spałem? Zapaliłem światło, które nieśmiało wkradało się pod moje przymknięte powieki. Podszedłem do drewnianej szafki, na której stała umywalka i odkręciłem wodę, ustawiając ją na zimny strumień. Ochlapałem sobie twarz, po czym porządnie osuszyłem ją zielonym ręcznikiem. Popatrzyłem w lustrzane odbicie czarnowłosego chłopaka. Miał fioletowe sińce pod oczami, lekko rozwaloną dolną wargę.
Jak mogłem tego nie poczuć?, przemknęło mi przez myśli.
Nienaturalnie blada cera dodawała mu wyglądu trupa. Westchnąłem, a on razem ze mną. Coś ty zrobił, Bill?
Umyłem porządnie zęby elektryczną szczoteczką, na wszelki wypadek zrobiłem to dwa razy, by pozbyć się nieprzyjemnego smaku wódki, piwa i wina w jednym. Skrzywiłem się na to wspomnienie. Ospałym ruchem odwróciłem się w stronę prostokątnej wanny. Wanna była pokryta kafelkami z kolorowymi kamyczkami. Pochyliłem się nad nią zakręcając korek i puściłem gorącą wodę.
Rozebrałem się z przepoconych i, nie troszcząc się o makijaż, zanurzyłem się w wannie. Gorąca woda rozluźniła moje spięte mięśnie, pozwalając na chwilę zapomnieć o realnym świecie. Para buchała mi w twarz, rozprowadzając przyjemne dreszcze po mojej skórze. Zmoczyłem głowę, włosy umyłem porządnie trzy razy, ale nadal czułem się brudny. Z umytych włosów wycisnąłem nadmiar wody, wychodząc z wanny, owinąłem się szczelnie ręcznikiem. Porządnie wytarłem swoje obolałe ciało i naciągnąłem na siebie dresy. Przesuszając włosy ręcznikiem, wyszedłem z łazienki. Skierowałem się do salonu, skąd dochodziły do mnie głosy rozmowy. Rozwiesiłem ręcznik na poręczy schodów, pytając głośno:
 O czym chciałaś porozmawiać, mamo?
– Chodź tu do nas, to się dowiesz – usłyszałem w odpowiedzi po dłuższej chwili. 
No tak. Mogłem się tego spodziewać. Przeszedłem kilka kroków i już znalazłem się w salonie. Usiadłem w fotelu wyczekująco wpatrując się w Simone.
– Chodzi o to, że wraz z Gordonem postanowiliśmy już w sprawie szkoły.
Jak na zawołanie równocześnie z bliźniakiem jęknęliśmy. A oni znowu o tym samym, przekazaliśmy sobie jedynie spojrzeniem.
 Znowu poruszacie ten temat i znowu nic wam z tego nie wyjdzie – odezwał się Tom zachrypniętym głosem, a zaraz po tym dostał ataku czkawki.
– Tym razem jest on na poważnie – oznajmił Gordon, który w jakiś sposób znalazł się tuż przy moim ramieniu.
– Masz rację  powiedziała blondynka. – Wracacie do niej w środę.


*Jest to poprawna forma, ale rzadko kto jej teraz używa. Używam tej, bo ją wolę.

~
Zachęcam do komentowania, kolejna część – 17.09

środa, 3 września 2014

Rozdział 1

Miałam wielką frajdę, kiedy czytałam wasze komentarze. Pewnie wiecie, jakie to jest ważne dla każdego z nas. Z każdym kolejnym pojawiającym się komentarzem, odnajdywałam wiele rzeczy, które mi się nie podobały w prologu, ale być może to dlatego, że jestem strasznie pesymistyczną osobą. Dobra, tutaj macie kolejną notkę.

1.

      Środek nocy. Autostrada pusta, żadnej oznaki życia, choćby najmniejszej. Przy prędkości 227 kilometrów na godzinę obrazy migają mi przed oczami, jakby ktoś przewijał film z maksymalnym przyśpieszeniem. Widzę tylko drogę, nic poza nią się nie liczy, nikt teraz nie ma dla mnie znaczenia. Wiatr porywa kosmyki moich turkusowych włosów, które niesfornie wysunęły się spod czarnego z kolcami wzdłuż grzbietu głowy kasku w rozmiarze L. Co, jak co, ale głowę to ja mam wielką. Ryk mojej pomarańczowo-czarnej Yamahy R7 roznosi się po sześciokilometrowym odcinku, który właśnie pokonywałam. Dodałam więcej gazu, tylne koło pozostało na asfalcie jednak przednie poderwało się do góry, czułam się wolna  jak ptak. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale adrenalina buzowała w moich żyłach jeszcze przez jakiś czas.
     Bip! Bip!
    Co to? Zaczęłam sprawdzać po kolei wszystkie włączniki w motorze. Wszystko było okay. Paliwa starczy mi jeszcze na jakieś trzysta pięćdziesiąt kilometrów, więc co jest grane?
     Biip! Biip!! 

   Obraz stał się rozmazany, by po chwili całkowicie zniknąć. W uszach słyszałam denerwujące buczenie. Wsunęłam leniwie prawą rękę spod kołdry i po omacku wyłączyłam budzik. Budzik? Ale przecież ja go nie nastawiałam, jest sobota. To bez sensu, by mieć dziś budzik. A tak w ogóle to, która godzina? Z trudem rozchyliłam moje powieki, które kryły pod sobą jakby całą pustynię piasku. Ujrzałam mojego starszego brata, co prawda o dwa lata, ale jest on nadal starszy. Zawsze pozostanie moim starszym bratem. Pochylał się nade mną z tym swoim łobuzerskim uśmieszkiem, który tak dobrze poznałam przez moje siedemnaście lat życia.
         – Co się tak szczerzysz?  burknęłam zachrypniętym głosem i zakryłam swoją twarz kołdrą.
        – Jeśli oczekujesz odpowiedzi, to radzę Ci, żebyś na mnie patrzyła, a nie zakopywała się w tej i tak już rozmiętoszonej pościeli.  odparł z udawaną naganą w głosie.
        Poczułam, jak siada na skraju łóżka tuż przy moim boku. Wychyliłam się lekko zza kołdry, żeby móc mu się lepiej przyjrzeć. Zlustrowałam go swoim inteligentnym spojrzeniem. 
         Ubrał się dzisiaj w białą bluzę z czarnym, poszarpanym napisem Nevermore, czarne dżinsy oraz niebieskie adidasy. Jego kruczoczarne włosy postawił sobie na żelu, tak, że sterczały mu na wszystkie strony. Patrzył na mnie swoimi miodowymi oczami, a uśmiech nie schodził mu z twarzy.
   – Ten styl do ciebie nie pasuje – zauważyłam. Usiadłam na łóżku, opierając się o ramę i podkurczyłam nogi.
      – Cóż, w końcu ktoś musi słuchać twoich rad dotyczących ubioru. – Wzniósł zniósł oczy do góry, jakby prosił, by coś dodało mu siły pozostania ze mną i nie wybuchnięcia jakimś panicznym atakiem śmiechu.  Dobra, ja idę do kuchni, a ty – wskazał na moją osobę swojego długiego i kościstego, ale silnego palca wskazującego – się ubierz, bo zabieram cię dziś ze sobą. Powiedziawszy to, wstał i ruszył do drzwi mojego pokoju.
       – Ale... – zaczęłam, lecz przerwał mi swoim donośnym głosem.
     – Nie ma żadnego „ale", schodzisz i już. – Zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając mnie ledwie przytomną w pokoju. Spojrzałam na zegarek, Wskazywał na godzinę 7:13. Zaraz, co?! 7:13? Czy on nie ma litości?
       – Dominick!! – wydarłam się na całe gardło. – Ukatrupię cię kiedyś, zobaczysz  mruknęłam już zdecydowanie ciszej.
       Wstałam z łóżka, podeszłam chwiejnym krokiem do szafy i wyciągnęłam pierwsze, co mi w ręce wpadło. Łazienka znajdowała się po drugiej stronie piętra. Ruszyłam do niej na palcach. W połowie drogi odezwał się Dominick.
     
 Nie musisz się tak skradać  usłyszałam stłumiony głos dochodzący z kuchni.  Jesteśmy sami.
     – Jak to?- zapytałam się na tyle głośno, żeby to usłyszał.
     – Nie pamiętasz? Rodzice pojechali do ciotki, a gdy nas zapytali czy chcemy jechać razem z nimi, kulturalnie im odmówiłaś – prychnął z  wyraźną kpiną w głosie.
       Nieważne, zaraz zejdę! dodałam i puściłam się biegiem do łazienki.
      W łazience panował stonowany nastrój, który raził mnie w oczy. Zdecydowanie nie  przepadałam za takimi pomieszczeniami. Ściany pokrywały beżowe i brązowe kafelki, które gdzieniegdzie układały się we wzoru, których do końca jeszcze nie rozszyfrowałam. Wanna stała na nóżkach z greckimi wykończeniami. Dwie owalne umywalki w kształcie dużych mis umieszczone były na brązowym blacie. Lustro zajmowało całą ścianę nad umywalkami, a umycie go było wielką męczarnią. Różnego rodzaju kosmetyki pochowane były w szafce pod blatem. Kosz na brudne pranie stał po prawej stronie drzwi wejściowych. Klozet i bidet zawieszony był kilkanaście centymetrów nad podłogą, która była przyjemnie ciepła dla gołych stóp. Nad bidetem była przymocowana półka na ręczniki, a obok niej stał zielony bambus. 
       Gdy zamknęłam drzwi, zrzuciłam z siebie swoją piżamę na podłogę i bacznie przyglądałam się swojemu odbiciu w lustrze. Był to mój ranny rytuał. Wory pod oczami, bo nie można ich było nazwać workami, postarzały mnie tak, że nie wyglądałam na swój wiek. Wystające obojczyki, które denerwowały mnie za każdym razem, gdy na nie patrzyłam. Lekka nadwaga w niektórych miejscach uwydatniała się tylko wtedy, kiedy musiałam odsłonić swoje ciało. W  lewej brwi tkwił czarny kolczyk, który zrobiłam sobie na piętnaste urodziny. Oczy koloru ciemnego mchu, który czasami spotyka się w lesie przy ścieżkach, nijak pasowały do moich turkusowych włosów sięgających mi do ramion.
      Przemyłam twarz tonikiem rumiankowym, przejechałam korektorem pod oczami, mając nadzieję, że to choć trochę zamaskuje moje podkrążone oczy. Założyłam bieliznę i skierowałam swój wzrok na ubrania, które losowo wybrałam.
       
 Zobaczmy, co my tutaj mamy.
    Spodnie dżinsowe, czarne z dziurami. Jedne z moich ulubionych, lepiej trafić nie mogłam! Wzięłam je w ręce i mocno wdychałam ich woń. Cedr i jeszcze coś. Zaciągnęłam się jeszcze raz ich zapachem, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć tego zapachu. Może kiedyś mi się przypomni. Czarna koszulka na ramiączkach z krzyżem, który przyozdobiony był złotymi ćwiekami. Założyłam obie te rzeczy na siebie i zaczęłam grzebać w moich kuferku (tak tylko się nazywa w rzeczywistości jest ogromny) w poszukiwaniu jakiś dodatków.
     Swoją drogą ciekawe, co mój kochany braciszek szykuje, skoro obudził mnie o siódmej na dodatek w sobotę. Rodziców nie ma, może będzie impreza. Zawsze chciałam takową urządzić, ale jakoś nigdy nie było okazji. A teraz jest, i to wręcz idealna. W głowie miałam tyle myśli, że nie mogłabym ich zliczyć, zapisując każdą po kolei na kartach samoprzylepnych. Przeglądałam zawartość kuferka tak długo, iż myślałam, że minęły wieki zanim znalazłam to, czego szukałam. Wybrałam srebrny pierścionek z dużym krzyżem, czarne kolczyki w kształcie indiańskich łapaczy snów z bordowymi piórami oraz czarne rękawiczki zapinane tuż za nadgarstkami. Brakowało mi czegoś na szyję. Zamknęłam oczy i wybrałam łańcuszek ze złotymi insygniami śmierci. Do pełnego zakończenia mojej stylizacji brakowało jeszcze makijażu.
          Pociągnęłam kreskę kredką do oczu nad powieką, po czym użyłam dużej ilości czarnego cienia do powiek. Rzęsy lekko, wręcz nieznacznie, maznęłam tuszem. Powtórzyłam tę czynność z drugim okiem. Usta podkreśliłam mocno bordową szminką. Spojrzałam uważnie na swoje odbicie w lustrze i mimowolnie się uśmiechnęłam.
          Uwielbiałam się tak ubierać, lubię odznaczać się od innych. W końcu w tych czasach jest coraz mniej ludzi takich jak ja, innych, Jesteśmy odmieńcami, ale to czyni nas wyjątkowymi. Martwi mnie to, że jest nas ledwie garstka, zbyt wiele osób staje się klonami. Nie chcę być jedną z nich, mam wrażenie, że ludzie tacy jak oni, kopie, po prostu zadufani w sobie egoiści, stają się pustym pojemnikiem, w którym przechowywali dawniej ważną cząstkę siebie 
 duszę. Brakuje im siebie, stają się sztuczni. My jesteśmy kolorowi, przez co nie gubimy się w tłumie, który nas porywa.
         Opuściłam łazienkę, zostawiając ją w nienagannym stanie i skierowałam się schodami w dół do kuchni skąd docierały do mnie smakowite aromaty śniadania. Oblizałam wargi na myśl o dobrym posiłku, który mógłby poprawić mi humor po tak nieudanej pobudce. Zaburczało mi w brzuchu, gdy siadałam przy kuchennym stole. Dominick chyba to usłyszał, bo uśmiechnął się do siebie pod nosem. Przyglądałam mu się, gdy krzątał się po kuchni. Czerwony i szary kolor zdecydowanie tu dominował. Kuchnia była utrzymana w nowoczesnym stylu. No wiecie, płyta indukcyjna, mikrofalówka w szafce. Ekspres do kawy przymocowany do ściany, zmywarka przy piekarniku. W tym miejscu panował pewien rodzaj spokoju, po prostu czułeś się tutaj sobą.
     Z tostera wystrzeliły grzanki, które sprawnym ruchem ręki złapał kruczowłosy. Szybko posmarował je masłem orzechowym i ułożył na nich kilka plasterków banana. Jeden talerz postawił przede mną, a drugi naprzeciw mnie, gdzie właśnie usiadł. Uniosłam na niego wzrok, a on patrzył na mnie tak, jakby chciał mi zakomunikować prostą czynność: jedz. Podniosłam lekko swą lewą brew i łapczywie wgryzłam się w pierwszego tosta. Masło orzechowe przyjemniej rozpływało się w ustach, a słodkawy banan dodawał jeszcze więcej smaku. Po zjedzonym posiłku wytarłam ręce w spodnie, odniosłam talerze do zlewu i usiadłam obok mojego "budzika".
         
 Więc – zagadnęłam niepewnie  po co obudziłeś mnie tak wcześnie w sobotę? – zapytałam i wlepiłam w niego zaciekawione spojrzenie. 
          Upił łyk czarnej kawy i odezwał się:
          Chcę z tobą spędzić miło dzień –  zamierzałam mu powiedzieć, co o tym sądzę, ale uciszył mnie, wystawiając rękę –  Wiem trochę za wcześnie cię obudziłem, ale taki jest plan. Totalnie zbił mnie z tropu. Jaki plan? Co kombinujesz? Patrzyłam na niego z nadzieją, że powie coś więcej. Ale myliłam się.
        – Dobrze. To gdzie mnie zabierasz?  Próbowałam wyciągnąć z niego jakiekolwiek informacje. 
       On uśmiechnął się chytrze, a w jego oczach zatańczyły złośliwe ogniki.
        Niespodzianka  odparł, puszczając do mnie oczko.
     Westchnęłam głośno, niespodzianka. Przecież on dobrze wie jak ja ich nienawidzę. Zrobiłam naburmuszoną minę ciągle siedząc przy stole. Po pewnym czasie dałam za wygraną, tą rundę i tak już przegrałam. Jest bardziej uparty niż ja. Coś czuję, że to nie będzie zwykły dzień.

~
Przepraszam, że tyle czekaliście. Za tydzień będzie szybciej – 10.09