środa, 1 października 2014

Informacja

Niestety dzisiaj nie znajdziecie kolejnego rozdziału ff, które tutaj powstaje, gdyż mam problem, który muszę szybko rozwiązać. Myślę, że w kolejną środę już będę w stanie wstawić tutaj zaległą notkę. Ale nie zostawię Was z pustą informacją, mianowicie publikuję Wam tutaj moje króciutkie opowiadanie na konkurs, o którym pisałam już wcześniej. Przepraszam Was mocno, ale blog nie jest na razie najważniejszy.



"Anioły są wśród nas"

Po szkole wracam wraz z moją przyjaciółką Tirą do domu. Idziemy przez łąki, gdzie nikt nie może nas podsłuchać ani obserwować. Jest to nasze ulubione miejsce, zawsze jest tu cicho, a wiatr z południa przywiewa słodki zapach świeżo skoszonej trawy. Słońce praży nas w odsłonięte karki, obie śmiejemy się wniebogłosy z sytuacji, w którą się wplątałam. Mam zagrać rolę w przedstawieniu szkolnym na koniec roku.
Życie nas cały czas zaskakuje, a ja zawsze pakuję się w jakieś kłopoty. Możliwe, że to moja natura, ale któż to wie? Może mam magnes do przyciągania kłopotów?
Idziemy ścieżką, dawno wydeptaną tu przez nas, rozmawiamy o zadaniach, które wydają nam się trudne, ale w rezultacie wcale takie nie są, o chłopcach  jacy oni są przystojni, ale ciągle jedna myśl rozprasza mnie i nie mogę się odpowiednio skupić nad rozmową. Tira zadaje mi pytania, na co ja kiwam energicznie głową, chociaż nie mam bladego pojęcia, co właśnie przed chwilą do mnie powiedziała. Myślałam ciągle o chłopaku, który niedawno pojawił się, jakby znikąd, w naszej szkole. Jest bardzo tajemniczy, nikt nie ma śmiałości się go zapytać, skąd się tu wziął i dlaczego przyszedł do tej szkoły, a nie innej, do której miałby o wiele bliżej. Posyła zawsze swój czarujący uśmiech dziewczynom, ale ja nie nabieram się na takie sztuczki, widać, że to podstęp, maska, a pod maską kryje się coś, co go dręczy. Dziwnie się zachowuje, zawsze stoi na uboczu, jakby obserwował nas swoim czujnym spojrzeniem.
Mam wrażenie, co mnie przeraża, że od pewnego czasu mnie obserwuje, mnie szarą myszkę, która nie ma śmiałości podnieść ręki na lekcji, gdy zna odpowiedź na nurtujące nauczyciela pytania. Przyzwyczaiłam się już do tego, że mnie obserwuje, często podchodzi do mnie, jakby chciał mi coś powiedzieć. W jego miętowych oczach, które doskonale kontrastują z jego karnacją odcienia kawy z mlekiem, widać tajemnicę, której nie może już dłużej trzymać. Znam doskonale to uczucie, miałam tak kiedyś podobnie, ale wtedy zjawiła się Tira.  Zwierzyłam jej się z mojej tajemnicy i od razu poczułam się lżej na duszy, dziwne uczucie, ale jakże ekscytujące. Podświadomość podpowiada mi, że powinnam z nim porozmawiać, ale moje ciało jakby protestowało przeciw moim intencjom i nic nie robię. 
Doszłyśmy do rozdroża, tutaj nasza wspólna podróż do domu się kończy. Tira przytula mnie na pożegnanie, a ja odwzajemniam ten uścisk. Właściwie nigdy jej nie podziękowałam za to, że wysłuchała rzeczy, które mnie martwiły. Muszę to kiedyś zrobić. Rzucam krótkie „Cześć” w jej stronę i oddalam się w kierunku mojego domu.
Po drodze do domu mijam opuszczony plac zabaw, na którym się kiedyś bawiłam, ale teraz wiem, że te czasy już nie powrócą, dorosłam. Muszę się z tą myślą pogodzić.
Przed bramą do mojego domu stoi właśnie On, nawet nie wiem, jak ma na imię, nauczyciele nigdy na lekcji się do niego nie zwracają, jakby go tam w ogóle nie było. Czuję dziwny ucisk w żołądku, ale mimo to nie zwalniam kroku. Patrzy na mnie swoim przeszywającym wzrokiem, jakby chciał żebym się roztopiła na samym środku ulicy. Wolałabym się teraz zapaść pod ziemię, ale nie ma już odwrotu. Jestem kilkanaście metrów przed nim, nogi odmawiają mi posłuszeństwa, ale siłą woli zmuszam je do stawiania kolejnych kroków w jego stronę. Otwieram usta z zamiarem powiedzenia „Hey”, ale słowa stają mi w gardle, nie mogę ich z siebie wykrztusić. 
Podchodzi do mnie, wyciąga dłoń w moją stronę, czy to jakiś znak? Nie mam pewności, ale w ręce trzyma białe pióro, jakby dopiero je znalazł. A przecież przed chwilą nie widziałam w jego dłoni, białego pióra. Jestem spostrzegawcza, więc bym je zauważyła. Patrzy mi głęboko w oczy, ale ja nie mam śmiałości odwrócić wzroku, kątem oka dostrzegam mojego starszego brata w oknie, Toma, zawsze jest ciekawski, co się dzieje, więc nie dziwi mnie to, że teraz też mi się przygląda.
Słońce chyli się ku zachodowi, świetliki zaczynają świecić, a ptaki śpiewać, swoje ulubione, melodyjne pieśni. Jednym ruchem On idzie w moją stronę, ale nie zatrzymuje się obok lecz wymija mnie. Zaskoczyła mnie ta nagła zmiana w jego zachowaniu. Patrzę na jego cień i szokuje mnie to, co widzę. Nie jest to cień zwykłego nastolatka, w miejscu gdzie powinny być plecy jest coś innego – skrzydła. Przecieram dokładnie oczy, żeby się upewnić, że to nie są zwidy. 
Nie myliłam się, On ma skrzydła. Nigdy się nie zastanawiałam dosłownie nad postaciami z książek, ale to, co widzę wydaje mi się zdumiewające. Teraz już wiem, że anioły są wśród nas, a białe pióro, które trzymał w ręce, to jego własne. To jest właśnie ta tajemnica, którą mi chciał wyjawić. To będzie mój sekret. Sekret, którego nikomu nie mogę wyjawić, nawet mojej najbliższej przyjaciółce, Tirze.
I nagle zrozumiałam! On pojawił się tylko po to, aby przypomnieć mi o podziękowaniu Tirze. Muszę jak najszybciej to zrobić. Anioły naprawdę istnieją i pomagają każdemu z nas, ale na inne sposoby.

Zakończenie bym napisała inne, ale wtedy nie mogłabym dać tego opowiadania do konkursu. Zamierzam je kiedyś dokładniej rozwinąć, jednak teraz nie mam po prostu czasu na to opowiadanie.

środa, 24 września 2014

Rozdział 4

Macie tutaj kolejną notkę, nie za bardzo mi się podoba, ale zostawiam to waszej opinii. Dziękuję, że to czytacie, ba, nawet pozostawiacie po sobie ślady! Bo, jak wiemy, raczej mało osób lubi czytać takie rzeczy



4.

Siedziałam na białym parapecie okna w swoim pokoju. Rozmyślałam. Na dworze jaśniał księżyc, do domu wróciliśmy około godziny temu, a ja już zdążyłam się pokłócić z mamą. Było mi tak strasznie głupio, przejmowałam się osobą, która miała mnie gdzieś. Co prawda, ona się nie zmieniła, ale moje podejście do niej zdecydowanie tak. Bo jak można by zapomnieć trzech przypadkowych słów postawionych obok siebie, ale układających się w ciężkie do przyjęcia zdanie Zdanie, które już zawsze będzie mnie prześladować, gdy będę z nią rozmawiać. Nie mogę, nie potrafię jej wybaczyć. Trudno było to nazwać kłótnią, raczej było to kilka zdań.
Z uśmiechami na twarzach wracaliśmy z wesołego miasteczka, gdzie zabrał mnie Dominick zaraz po kajakach. Jedliśmy tam watę cukrową, masę śmieciowego żarcia i popcorn. Mnóstwo popcornu, on solony, ja karmelowy. Ze sto razy zjeżdżaliśmy kolejkami górskimi i skakaliśmy na bangie, zderzaliśmy się z wielką siłą na samochodzikach, a na sam koniec zabrał mnie do domu strachu. Bałam się, ale miałam mu to powiedzieć? Nigdy! Nie dałby mi żyć. Schowałam swój strach głęboko z zakamarkach umysłu i pozwoliłam się ponieść chwili. 
Sądziłam, że znajdziemy tam coś straszniejszego niż wypchane kukły, które marnie przypominały wilkołaki rodem z „prawdziwych” horrorów, fluorescencyjne szkielety, które wisiały nad naszymi głowami. Jedyne, co mi się tam podobało, to oblanie kubłem z jakąś cieczą, która miała inscenizować krew, prawie jak w książce Kinga  Carrie. Ubaw miałam niemały, gdy Nick wykrzyczał najmniej męski dźwięk, jaki dano mi do tej pory słyszeć na widok pajączka, który sobie chodził po moim nagim ramieniu. Będę mu to wytykać za każdym razem, gdy będzie mi dokuczał. 
Praktycznie spędziliśmy cały dzień ze sobą. Nie było to takie złe, ale do końca dobre też nie. Wracając do domu, sprawdziłam telefon. Jeden nieodebrany telefon i jedna wiadomość z tego samego numeru. Cóż, przynajmniej udaje, że jej na mnie zależy. Otworzyłam skrzynkę i przewertowałam tekst. „Zadzwoń, gdy będziesz miała czas”. I tyle? Liczyłam na coś więcej, ale od nich to nie mogę raczej wiele oczekiwać. Rodzice, ich nie da się zrozumieć. Nie miałam ochoty dzwonić, bo wiedziałam. jak przebiegnie rozmowa i jakie będzie miała dla mnie skutki. Ale za mega paczkę moich ulubionych cukierków, zgodziłam się. Zresztą, kto by się nie zgodził?
Wyciągnęłam telefon z plecaka wybierając właściwy numer. Byłam w swoim pokoju, nie chciałabym, by brat całą moją rozmowę słyszał.
 Halo?  Usłyszałam po trzech sygnałach.
– Prosiłaś, żebym zadzwoniła.
 Ach, tak, kochanie…  zaczęła.
 Nie nazywaj mnie tak – przerwałam jej w miarę możliwości spokojnym głosem.
- Dobrze. Niepewność wkradła się do jej tonu, zupełnie jakby stąpała po kruchym lodzie. – córeczko, mogłabyś…
– Nie odzywaj się do mnie, jakby ci na mnie zależało. Po co stwarzać pozory, skoro można żyć w świecie bez kłamstw?  zadałam pytanie retoryczne.
 Młoda damo!  Kolejna nieudana próba zmuszenia mnie do wysłuchania jej komunikatów, które były dla mnie mało znaczące.
– Za staroświecko. Brzmi jak z jakiegoś średniowiecza. Oj mamo, cofasz się, nie dobrze. 
Odsapnęła głośno po drugiej stronie. Irytowała się, a żyła na jej szyi zaczęła pulsować. Widziałam to oczami wyobraźni, zupełnie jakby stała tuż przede mną. Zapadła długa cisza między nami. Słyszałam jej nerwowe oddechy, tylko one pozwalały mi wierzyć, że rozmowa nadal trwa. Kierowałam palca na czerwoną ikonkę, którą kończy się rozmowy, gdy zabrała ponownie głos.
 Zupełnie nie wiem, po kim to masz. Wychowaliśmy cię na dobre dziecko.
 Najwyraźniej nie  zauważyłam i zaczęłam się przechadzać po pokoju.
– Powinnaś się uczyć manier od brata – Ta bo on niby jest Aniołkiem. Wydaje ci się tylko, tak naprawdę to nawet nie wiesz, jakie ma oceny. Śmiać mi się chciało, gdy to mówiła. Była taka żałosna.
– W końcu uczę się od najlepszych, prawda? – Nuta drwiny zaistniała w moim pytaniu.
 Sugerujesz coś? – zapytała badawczo.
– Skądże, ja tylko robię to, czego zostałam nauczona w tej rodzinie, w tym domu. Obserwacja to bardzo przydatna rzecz.
 Tego już za wiele! Nie mam do ciebie sił. Wyparłabym się ciebie, gdybym tylko mogła. Nic nie interesuje cię prócz własnego nosa! Takich ludzi nie powinno być na tym świecie...
 Nie krzycz na mnie! Rozłączyłam się, rzucając telefon w kąt pokoju.
Analizowałam każde jej słowo. Czy mnie kocha? Zdecydowanie nie. A czy ja ją kocham? Kiedyś z pewnością tak. Siedziałam na parapecie, wsłuchując się w martwą ciszę tego domu. Nick prawdopodobnie już spał  nie dochodziły do mnie żadne odgłosy z jego pokoju. Powieki zaczęły mi się kleić, głowa ciążyć, opatuliłabym się kocem, gdybym go miała w zasięgu moich krótkich rąk. Myśli umykały mi z umysłu, jakbym miała w nim wielką lukę. Szum dudniących kropli deszczu, które odbijały się od dachu, rozchodził się w mojej głowie i uspokajał. Nie minęła minuta, a ja już spałam oparta głową o chłodne szkło szyby.


Obudziłam się w swoim łóżku. W łóżku? Przecież ja zasnęłam na parapecie. A może nie? Przewróciłam się na prawy obok. Na szafce obok łóżka leżała jakaś kartka. Ze śpiochami w oczach starałam się przeczytać, co było na niej napisane.
„Nie miałem serca, by Cię budzić…” Ta, jasne, po prostu ci się nie chciało tego robić. „Mam kolejną niespodziankę. Tym razem będzie to coś, o czym marzyłaś od kiedy pamiętam” Coś o czym zawsze marzyłam? „Nie myśl tak intensywnie, bo i tak nie zgadniesz. Ave ja! Dominick” Odpuściłam sobie dalsze rozmyślanie nad tym „czymś”.
Ubrałam się w standardowe ciuchy na niedzielę. Czarne spodnie oraz t-shirt z logiem  The Rolling Stones. Dodatki takie same jak wczoraj, a makijaż trochę lżejszy. W końcu dzisiaj Dzień Boży. Zeszłam po krętych schodach do kuchni. Usiadłam na krześle i czekałam na śniadanie. Nick uniósł pytająco brwi. Okay, czyli dzisiaj sama robię sobie śniadanie.
 To co dzisiaj?  Nalałam do miski połowę mleka z butelki i wstawiłam do mikrofali, nastawiając na półtorej minuty.
 Możesz mi zrobić tosty, takie jak wczoraj 
Zaśmiałam się.
 Nie pytałam o to, co chcesz jeść. Chciałam się dowiedzieć, co dzisiaj robimy.
 Nic. Niespodzianka  odparł krótko.
– Nie możesz powiedzieć mi więcej?  Wyciągnęłam z szuflady ulubione płatki z kawałkami czekolady, malin, karmelu i czereśni. A przynajmniej tak było napisane na ich etykiecie.
 Nie  znowu krótka odpowiedź.
Stałam w ciszy, dopóki mikrofala nie zadzwoniła, oznajmiając, że teoretycznie mleko jest już ciepłe. Wzięłam z blatu łyżkę i wyciągnęłam miskę, stawiając ją przy stole. Otworzyłam płatki i wsypałam ¼ ich zawartości. Specjalnie jadłam głośnie, może w ten sposób zwróci na mnie uwagę. Popatrz na mnie. Popatrz na mnie. Lustrowałam go wzrokiem. Zrób coś, Dominick! No chociaż ty, proszę cię. Nie udawaj, że mnie nie ma.
 Możesz jeść ciszej? Własnych myśli nie słyszę – upomniał mnie. Sukces.
 Właśnie skończyłam – powiedziałam z udawanym entuzjazmem. – Jedziemy?
– Skąd wiesz, że jedziemy?
 Bo masz te same ciuchy, co wczoraj. Mam nadzieję, że bieliznę chociaż zmieniłeś. A poza tym to trzymasz kluczyki do samochodu w kieszeni.
 Super. Ubieraj buty, będę czekał w samochodzie. – Ulotnił się z kuchni i wyszedł frontowymi drzwiami z domu. 
Jeszcze trochę i staniesz się moim osobistym szoferem, pomyślałam, nakładając dwudziestodziurkowe czarne glany. Zamknęłam drzwi do domu na klucz i wsiadłam do srebrnego Audi brata, w którym już na mnie czekał, siedząc za kierownicą i kiwając głową w rytm muzyki.

*~*

 Tom! Bill! Zejdźcie tu na chwilę.  Simone krzyczała z parteru, ale w moim pokoju dało się ją doskonale słyszeć. 
Uchyliłem drzwi od pokoju, wychyliłem głowę, a napotykając wzrok Toma ,zapytałem bezgłośnie: Wiesz, o co chodzi?. Nie – odpowiedział mi tą samą metodą. Otworzyłem drzwi na oścież i wyszedłem. Po schodach zszedłem na palcach, chciałem być cicho, udałoby mi się to, gdyby nie Dred i ten jego słoniowaty krok. Czy on jest aż tak ciężki?, przemknęło mi przez myśl. Nie, nie możliwe, przecież jest niewiele cięższy ode mnie. Jak spod ziemi zlokalizowała się przed nami Simone.
 Tak? O co chodzi? – zapytałem, zerkając za jej plecy.
 Musicie pojechać w pewne miejsce. Pamiętacie? – 
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Zapomniałem. Cholera. Musimy go odebrać.
– Nie, ale już jedziemy. Tom, zbieraj się – zadeklarowałem i chwyciłem kluczyki do samochodu. Całe szczęście, że już wcześniej się przyszykowałem. Teraz nie miałbym na to czasu.


*~*

Mijaliśmy kolejne hodowle rasowych psów. Labradory, Dogi niemieckie, Nowofundlandczyki, Charty. Do wyboru do koloru. Nie mogłam w to uwierzyć, byłam oczarowana. Takiego prezentu nie mogłabym sobie nawet wyśnić, co nie zmienia faktu, że od dziecka chciałam mieć psa, ale rodzice kategorycznie zabronili mi o tym mówić. Nick chce mi kupić psa, takiego prawdziwego, rasowego.
Zatrzymał się przed domem z tabliczką, na której było napisane, że mieści się tutaj hodowla Dobermanów. Ciekawe czy z przystrzyżonymi uszami i ogonami, czy nie. Wysiadłam z samochodu, uśmiechając się jak dziecko na widok nagrody, której nie powinien dostać za swoje czyny, ale mimo to rodzice mu odpuszczają i nagradzają. Chciałam zadzwonić dzwonkiem do bramki, ale Nick złapał mnie za rękę, odciągając od furtki.
 Nie w tę stronę – Zaśmiał się. 
– Jak kto? Przecież się tu zatrzymałeś, pod tym domem, to chyba logiczne, że właśnie tutaj zagościmy.
 Idziemy tam. – Wskazał budynek, który, jak mniemam, był schroniskiem.


Przechadzałam się pomiędzy kolejnymi klatkami. Smutne oczy wpatrywały się we mnie z nadzieją, że właśnie to jego przygarnę. Starszy czekał na mnie przy jakiejś klatce na końcu alejki. Doszłam do niego w miarę możliwości szybko, co było nie lada wyczynem, jeśli ma się na nogach buty, które potrafią zniechęcić człowieka do szybkiego marszu.
 I jak ci się podoba?  zapytał, gdy stanęłam obok niego. 
Ledwo rzuciłam na psa okiem.
 Nie podoba mi się.
– Bo?
 Bo nie jest rasowy. –  Skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Oh, Come on! Ale będzie kochać cię tak samo albo nawet i mocniej, no spójrz na niego – poprosił, a ja uczyniłam to.
 Mała, czarna kulka wpatrywała się we mnie niebieskimi tęczówkami. Czy żal było mi tego psa? Tak. Dlaczego w takim razie nie chciałam go wziąć? Postanowiłam sobie, że będę przed nim grała. I tak zrobi tak jak będę chciała. Czyli weźmie tego psa, ale muszę go upewnić, że powinien to zrobić. Muszę się z nim pokłócić. Inaczej, go nie weźmie, a ten biedaczek nadal będzie tutaj siedział, czekając na śmierć lub innego właściciela, który niekoniecznie może się dla niego okazać łaskawy. Takie wiecie, granie na uczuciach.
– Pewnie ma pchły lub wściekliznę, te rasowe nie mają.
 Jesteś uparta.
 Nie bardziej niż ty  odgryzłam się.
 Czyli bierzemy.  Pokiwał głowę. 
Jest! Połknął haczyk, teraz tylko trzeba to doszlifować.
 Nie! Nie chcę go. Ma być rasowy. A ten nie jest. To zwykły kundel.
– Egoistka – mruknął pod nosem.
 Doskonale, już tylko gra aktorska. Odwróciłam się napięcie i ruszyłam w drogę powrotną. Nawet się nie obejrzałam, wiedziałam bowiem, że patrzy na mnie z otwartymi szeroko oczyma. Skręciłam za róg budynku, ale nie zauważyłam osoby za rogiem i wpadłam na nią. W niego. Wpadłam na jego twardy tors i odbiłam się jak piłka. Wyższy ode mnie, ale nie za dużo. Górował teraz nade mną tylko dlatego, iż miałam spuszczoną głowę i się garbiłam.
 Cześć, śliczna – zagadnął. Kolejny typ faceta, który lepiej unikać. 
Wpatrywałam się w jego białe buty marki DC Shoes. Odsuniesz się w końcu? Chcę przejść.
 Możesz zejść mi z drogi?  zapytałam, nadal nie patrząc mu w twarz. 
Strzepnął popiół z papierosa, który był dopiero rozpoczęty.
 Jeśli na mnie spojrzysz.
Nie pogrywaj sobie. Uniosłam lekko wzrok, a wraz z nim moją prawą stopę. Z tej perspektywy byłam wstanie tylko dostrzec jego malinowe usta, w których w dolnej wardze tkwił kolczyk, a wargi układały się w łobuzerski uśmiech. Dostałeś to, czego chciałeś. Uśmiechnęłam się do niego lekko, by po chwili nadepnąć ciężkim glanem na jego stopę. Zanim odskoczył ode mnie jak oparzony, wyciągnęłam mu z ręki papierosa i włożyłam do ust. Z zadowoleniem na twarzy wyszłam ze schroniska, a w tle usłyszałam tylko „Kurwa, trzeba było powiedzieć, że nie”. Skierowałam się w stronę samochodu, będę czekać dopóki Dominick nie przyjdzie z moim nowym przyjacielem.


Dominick wrócił, niosąc jedynie kartkę w ręce. Myślałam, że weźmie tego psa. Nie przekonałaś go, i na co był ci ten teatrzyk? Człowiek uczy się na błędach, a to chyba najgorszy, jaki mogłam właśnie dzisiaj popełnić. Sapnęłam.
Wsiadł za kierownicę i ruszył w stronę powrotną. Popatrzyłam na tę kartkę. Była wypełniona informacjami o… Otworzyłam szerzej oczy, a usta ułożyły się w małe „o”. O adopcji tego psa. Czyli plan jednak wypalił! Manipulacja, przydatna rzecz. Szczególną uwagą przykuła mnie jedna rubryka mówiąca o tym, kto jest właścicielem psa. Starannie i wyraźnie napisane było „Dominicka Rauch”. Skrzywiłam się, wie jak nienawidzę tego nazwiska. Nowe nazwisko, nowe życie. Niestety nie da się wymazać przeszłości, tyle lat z beznadziejną sytuacją. Jednak tacie udało się nas z tego wyciągnąć, jedynym minusem była przeprowadzka i nowe nazwisko.
 Co to jest?
 Zaświadczenie.
– Widzę. Ale po co?  Coraz bardziej się na niego wkurzałam.
– Potwierdzenie, że bierzemy psa i przyjedziemy, a właściwie ja, przyjadę po niego jutro.
 Ty będziesz nim zajmował – rzuciłam wściekle, gdzieś głęboko byłam ciągle niepewna czy to się dzieje naprawdę, musiałam się upewnić chociażby taką metodą.
 Nie. To twoje marzenie, nie moje.
 Odetchnęłam z ulgą, czyli jednak prawda. Oby to był chłopiec, bo innego imienia nie chce mi się dla niego wymyślać. Właściwie to musi być on, bo inaczej marzenie nie spełni się. Hunter, tak, to dobre imię. Teraz tylko czekać do jutra, szkoła może szybciej minie i będę mogła podziwiać moje dziecinne marzenie, które się ziściło. Ciekawe, jaka będzie reakcja rodziców na nowego członka domu, nie będą zadowoleni, ale tym razem całą winę będą mogli zwalić na swojego „odpowiedzialnego synka”.

~
Czy tylko mi wydaje się, że ich dialogi są nienaturalne? 
Kolejna notka 01.10, a jeśli się w ten dzień nie ukaże, to będzie wstawiona następnego.