środa, 10 grudnia 2014

Rozdział 14

Ale sobie nagrabiłam tym złamaniem, sama sobie kłody pod nogi kładę. Trudno, jeszcze mi się przyda.

14.

Zanim do końca zrozumiałam, co właśnie powiedziałam, czyjeś ciało zamknęło mnie w niedźwiedzim uścisku. Nie powiem, było przyjemnie… i ciepło. Ale co za dużo, to niezdrowo.
Odepchnęłam od siebie Toma, który się tego nie spodziewał, gdyż prawie przewróciłby się na stolik.
 Następnym razem najpierw zapytaj, czy możesz, a dopiero potem działaj. Może nie lubię, gdy ktoś mnie przytula. Pomyślałeś o tym? – obruszyłam się, odsuwając o kolejny krok w tył.
 Niemożliwe. Każdy lubi się przytulać zaprzeczył z szerokim uśmiechem.
 Nie, nie każdy – twardo stałam przy swoim.
– Ale ty tak  powiedział, opadając na kanapę przez stolikiem, za którym stałam. Co powodowało, że zasłaniałam mu cały ekran telewizora.
Zarumieniłam się, znowu. Jak tak dalej pójdzie, to zacznę przez cały czas być czerwona, jak burak, w ich towarzystwie. Mruknęłam pod nosem obelgę, po czym usiadłam na fotelu. Obróciłam głowę w lewo.
Hunter bawił się z dużo wyższym od niego biało-czarnym psem. Widocznie zabawa mu się spodobała, bo nie odstępował swojego dużego kolegi na krok. Potrącał go nosem po łapach, lizał po pyszczku i cały czas skakał wokół niego. Ten jednak nie wykazywał małym zainteresowania, nawet najmniejszego. Lecz można powiedzieć, że ma anielską cierpliwość, bo ja bym nie wytrzymała z takim upierdliwcem, jakim jest Łowca.
 Słuchajcie  zwróciłam się do bliźniaków, na co zaprzestali patrzenia na Nicholasa Cage’a w filmie.  Czy wy przypadkiem nie musicie czegoś zrobić?
– Nie – odpowiedział powoli Bill.  Masz coś na myśli?
 Tak, mam.
 Powiesz co?
 Nie. Sami powinniście wiedzieć. To wam na tym zależy, nie mnie.
Zamilkł, jak zaklęty. Wpatrywałam się w niego wyczekująco z uniesioną brwią.
Tak trudno się domyślić, że jeśli zawiera się z kimś współpracę, to potrzebny do tego jest kwitek, potwierdzenie, po prostu karta z najważniejszymi rzeczami, o których powinnam mieć choć częściowe pojęcie? Mnie to nie przeszkadza, do szczęścia mi to nie potrzebne. Ale im z pewnością się przyda, zresztą, co ja tam wiem Albo mają, albo nie. Ich interes, a wytykać im tego nie będę, jestem tylko koleżanką i zdecydowanie to nie należy do moich obowiązków. 
W ogóle to znajomi mają jakieś obowiązki? Jeśli tak, to zapewne udało mi się niektóre zaniedbać. Jednak, jako ktoś potrzebny w ich zespole, będę miała ogrom reguł do przestrzegania. Jak ja to wytrzymam? Pojęcia nie mam, naprawdę. Zdarza mi się czasem zapomnieć i robię coś odruchowo. Przy nich będę musiała zachować pozory normalności. Serio chcesz się pilnować? Tak, a w sumie nie… i tak nie wyjdzie, więc co za różnica Powinnam być jak najbardziej sobą.
Nią też?
Przemilczmy Jej kwestię, po prostu jest i zostawiamy w spokoju. Chyba że narozrabia. Przy tym będę musiała zachowywać się kulturalnie, co nie należy do moich mocnych stron.
Byłam tak pochłonięta swoimi myślami, że nawet nie zauważyłam, kiedy przy moim boku, na stoliku pojawił się arkusz kartek z nagłówkiem „Umowa”, a obok zmaterializował się długopis z czarnym wkładem.
Pochwyciłam długopis w dłoń. Westchnęłam i zabrałam się za czytanie. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to rażący w oczy błąd na samej górze strony. Zamiast „Dominicką” napisane było „Dominicą”.
Uśmiechnęłam się pod nosem, a patrząc na nich, zamieniłam go w grymas z surowym spojrzeniem. Rozumiem takie błędy, dość często są popełniane, ale już z mojego zdrobnienia można wywnioskować pisownię. Gdyby to nie oni zrobili takiego byka, mieliby urządzony nie mały wykład na ten temat. Wtedy mieliby to wykute na blachę. Niemniej jednak, nie chcę im narobić przykrości, toteż postanowiłam pominąć tę sprawę, a błąd szybko skorygować, dopisując literę we właściwe miejsce.
Przekartkowałam większość dokumentów, zatrzymując się na tych, według mnie, najistotniejszych podpunktach. Kiedy doszłam do momentu, gdzie napisana starannym pismem była kwota za pomoc, normalnie myślałam, że mi oczy wypali.
Zamrugałam kilka razy, lecz ciągle ukazywały mi się te same liczby. Cholera, przecież to wysoka suma, a znając siebie, odbije mi, gdy takową dostanę w ręce. Byłam święcie przekonana, że ja to za darmo robię. Przecież to nic wielkiego, tylko tłumaczenie. Coś, za co się nie płaci.
 Czy tu nie ma przypadkiem za dużo o jedno zero czy nawet o dwa?  spytałam niepewnie, wskazując palcem przedostatni akapit.
Bliźniacy nachylili się nad kartką, sprawdzili, o co mi chodzi.
 Nie  odpowiedzieli zgodnie, po czym wrócili do wcześniejszych pozycji oraz oglądania filmu.
Doszłam do ostatniej, już najważniejszej rzeczy  podpisanie umowy z zespołem. Przełknęłam głośno ślinę, zawsze gdy się stresuję, mam ślinotok. Dość nieprzyjemnie uczucie, pomyślicie, że trzeba coś ładnie zaprezentować, a się stresujesz i zamiast tego, opluwasz całą komisję. Koszmar.
Drżącą dłonią przewróciłam długopis końcówką do papieru. Ostatni raz przeanalizowałam podjętą, zaledwie kilka dni temu, decyzję. Czy ty wiesz, jaka to odpowiedzialność? Tak, wiem. Na pewno? Na pewno! I obiecujesz, że nie zrobisz nic głupiego? Ee… z tym będzie ciężko, ale powiedzmy, że tak. Nigdy nie wiadomo, co i komu do głowy może wpaść.
Starannym pismem podpisałam się pełnym imieniem oraz nazwiskiem, dokładnie pisząc każdą literę. Efektem był imponujący podpis ~ Dominicka Rauch.
Z momentem napisanie swoich inicjałów poczułam, że właśnie od teraz, od tej godziny oficjalnie należę w jakiejś części do tej grupki.
– Świetnie. To teraz możemy odpocząć – skwitował Tom.
 Odpocząć? Nawet palcem nie kiwnąłeś  gdy wypowiedziałam te słowa, chłopak podniósł wskazujący palec na wysokość moich oczu, po czym powoli nim kiwnął.  Nie masz prawa być zmęczony  dokończyłam.
 Mam prawo do bardzo wielu rzeczy – powiedział nonszalancko, unosząc przy tym kąciki swoich ust.
 Tom.  Stanowczość w głosie wokalisty była aż nadto wyczuwalna.  Przestań. Jest naszym gościem.
 Ale to ona zaczęła  protestował, mocno wymachując rękoma.
 I ty to skończysz.
 Właśnie, s-k-o-ń-c-z-ę  przeliterował z wyrzutem.
Bill westchnął, mocno wypuszczając powietrze z płuc.
 Chcesz zobaczyć, z czym będziesz musiała się zmierzyć? – zapytał, poprawiając lewą rękę, tę w gipsie, na kolanie.
 Jeśli masz taką ochotę  zgodziłam się. Wstałam z fotela i podążyłam za nim po drewnianych schodach na pierwsze piętro. Charakterystyczne skrzypnięcia dla spróchniałego drewna rozniosły się po domu.
 Prędzej czy później i tak byś je zobaczyła  rzucił w połowie schodów.
Po wspięciu się na piętro, czarnowłosy zaprowadził mnie do pokoju.
Ściany pomalowane były na jasny szary wpadający w biały, aby aż tak bardzo nie było na nich widać zabrudzeń, a gdzieniegdzie odznaczała się ciemno-beżowa farba. Drewniane meble zachwycały swoją prostotą. Jasne, imitujące drewno panele grzeją w stopy. Światło wpada przez szerokie okno z prześwitującymi, szarymi firankami. Obrazu dopełniały dodatki, których nie mogło zabraknąć. W każdym męskim zakątku, u mojego brata również, mieści się przestrzeń przeznaczona na gry, tak jest i tutaj. Na półce powieszonej na ścianie tuż nad biurkiem mieszczą się różnorodne nagrody. Obok stoi podobna półka czekająca już tylko na to, by ją zapełnić kolejnymi wyróżnieniami niemieckich wykonawców.
Zdecydowanie nie czułam się, jak w męskim azylu. Co prawda, panował tutaj bałagan, choć był w miarę możliwości ogarnięty. Zresztą, u kogo w pokoju jest perfekcyjny porządek? Pedanci się nie liczą. U mnie nie, u Toma tu nawet nie podlega wątpliwościom, co bym tam mogła znaleźć, a u Billa też nie jest idealnie.
Także spokojnie mogę stwierdzić, że jakoś się dogadamy.
– Przepraszam za ten bajzel, ale nie byłem przygotowany. A z jedną ręką trudno coś szybko zdziałać.  Bill odsunął krzesło od biurka. Gestem ręki zachęcił mnie, bym na nim usiadła.
 Nie przepraszaj, to zrozumiałe. – Usiadłam na obrotowym krześle.  Powinnam uprzedzić was o mojej wizycie. Swoją drogą, masz bardzo przyjemnie urządzony pokój  pochwaliłam go, za co otrzymałam szeroki uśmiech.
 Szybko można go udobruchać, cieszy się z małych rzeczy  wciął się Tom, który stał w drzwiach, opierając się o ich framugę.
 Przynajmniej cieszą go drobne rzeczy, potrafi je docenić. Do ciebie można dotrzeć tylko poprzez wariacje łóżkowe – odpowiedziałam na jego zaczepkę.
Ależ ja się lubię z nim droczyć, słodko mu się wtedy nosek marszczy. Niedługo stanie się to sportem wyczynowym. Mam cięty język, ot co. Zdarza mi się być chamską oraz zarozumiałą, lecz mogę się powstrzymać od takiego typu komentarzy. Wybaczcie, ale tutaj nie mogłam się powstrzymać. Nie powinnam się wcinać w takie sprawy, ale no… cała sytuacja mnie rozbawiła.
– Znam swoją wartość w przeciwieństwie do niego.
 Mówisz, jakby Billa nie było w tym pomieszczeniu. To niemiłe.
– Znalazła się ta, co będzie mi mówić, co mi wolno robić, a co nie  prychnął, zakładając ręce na klatkę piersiową.
 A żebyś wiedział.  Puściłam mu oczko, po czym odwróciłam się do niego plecami.  Bill, pokażesz mi te teksty?  Przeszłam na angielski, czego się nie spodziewał, bo patrzył na mnie pogubionym oraz zmieszanym wyrazem twarzy. – Przepraszam, zapomniałam. Mogę mówić do was po angielsku?
 Pewnie  ożywił się. – Nie ma problemu, tak będzie lepiej  zapewnił. Sięgnął do jednej z szuflad w biurku i wyciągnął z niej dużą teczkę, która wylądowała przede mną na blacie.  Będzie ci przeszkadzać, jak Tom i ja zajmiemy się sobą? Lampkę masz za sobą, powinna rozświetlić się w kilka minut.
Wydaje mi się, że trochę obijają się z tą całą produkcją. Nie znam się na tym, ale czy oni przypadkiem nie za często są w domu? Dodatkowo oglądają filmy i relaksują się na milion sposobów. Płyta się sama nie wyda. Nie moja broszka, co robią, ale dziwnie mi to wygląda. Z drugiej jednak, strony, mają do tego prawo, a odpoczynek się przydaje. Dużą robotę już zrobili, bo w samo nagranie utworów musi być czasochłonne, a o pisaniu piosenek już nie wspomnę.
 A zapomniałabym. Dasz mi może kopię umowy? Chciałabym ją jeszcze raz przejrzeć, na spokojnie, w domu. 
Nieprawda. Chcę się tym tylko pochwalić przed Nickiem, nareszcie mu pokażę, że coś tam potrafię. Rodzice nie muszą o tym wiedzieć, nawet nie mają za bardzo w tym temacie do powiedzenia. Klamka zapadła i odwrotu już nie ma. 
 Pewnie, zaraz ci dam  obiecał, ale zamiast mi podać kartki, usiadł na łóżku.
Typowe, przypomnę mu się, kiedy będę wychodzić.
Przeniosłam wzrok na teczkę. Zaglądam do rzeczy, które tylko im są znane. Czuję się, jakbym naruszała ich prywatność lub przestrzeń osobistą. Nie lubię grzebać w cudzych rzeczach, a tym bardziej, gdy ktoś rusza moje graty. W tle lecą odgłosy jakiejś strzelanki, po raz kolejny naszła mnie ochota, żeby oderwać się od swoich zajęć i najzwyczajniej w świecie przyłączyć się do nich. Ale nie, ja mam swoje zadania, oni mają swoje. Co z tego, że moje jest mniej ciekawe, niż wypełnianie misji w grze.
Otworzyłam teczkę i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to pięknie wykaligrafowane  tytuły piosenek, bo sam tekst… tragedia. Nie wiem, jak ja się z tego rozczytam, normalnie jakby kura pazurem nabazgrała.
– Które piosenki mam przetłumaczyć?  spytałam, gdyż było ich naprawdę sporo.
– Przetłumaczone mamy już Heilig, Spring Nicht, Rette Mich Übers Ende Der Welt  zaczął wyliczać.  Tom, coś jeszcze?
 Chyba jeszcze Vergessene Kinder – mruknął Dred, nie przerywając gry.
 Racja. Tych nie musisz tłumaczyć, co do reszty, to masz zaznaczone przy każdym tytule. Czerwona kreska oznacza, że tłumaczysz, innych nie musisz.
 Dzięki.
Odłożyłam wymienione przez nich utwory, po czym obejrzałam każdy tekst. Uważałam ich za zwykły zespół, który gra i śpiewa zwyczajnie piosenki, do momentu, kiedy w ręce wpadła mi kartka zatytułowana  Hilf Mir Fliegen.

~
Następny – 17.12

środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 13

Pechowa trzynastka, choć według mnie wręcz przeciwnie. I do tego napisałam więcej stron, niż mam w zwyczaju – czternaście na dwanaście w zeszycie, oczywiście.


13.

Sport nigdy nie był i nigdy nie będzie moją mocną stroną, a w szczególności gimnastyka. Koszykówkę, siatkówkę, nawet piłkę nożną jeszcze zniosę, ale rozciąganie, podciąganie, skoki przez skrzynię czy w dal to nie moja bajka. Do takiego typu wysiłku trzeba się urodzić, a ja z pewnością nie posiadam do tego smykałki. Wyszedłem z tym na minusie, Tom też nie jest za dobry w te klocki, ale przynajmniej jakoś wygląda, gdy trwa rozgrzewka. Ze mnie to taka łamaga, że dotknięcie dłońmi podłoża jest wyzwaniem. To wszystko przez te długie nogi, które sprawiają mi w pewnych kwestiach wiele problemów, choć o wiele więcej jest plusów. Pod tym względem to zazdroszczę Tomowi proporcjonalności, bo w tym wypadku zdecydowanie mu się przyda.
Sala gimnastyczna jest ogromna w porównaniu z innymi pomieszczeniami w tym budynku. Spokojnie pomieściłyby się tu wszystkie klasy wraz z dyrekcją i rodzicami, przy czym zostałoby jeszcze miejsce na dość dużą scenę.
Wiadomo, że sportowcem nie zostanę. Mam muzykę i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Chociaż nie…
Potrzebny mi Tom, bo w końcu to moja druga połówka, bliźniak. Bez niego nie byłbym sobą. Kto, jak nie on, miałby mnie upokarzać przy idealnej do tego okazji? Kto będzie mnie sprowadzał na ziemię, gdy za wysoko się uniosę i zacznę gwiazdorzyć? I kto wytrzyma moje humorki? Tylko on, bo jest nie do zastąpienia.
Potrzebni mi Georg i Gustav, bez nich nie byłoby Tokio Hotel. Bez nich Tom i ja już dawno byśmy się pogubili, a tak podsuwają nam to coraz różniejsze pomysły, mają inne spojrzenie na poszczególne sprawy. Wiek robi swoje, choć dogadujemy się w swoim towarzystwie niezwykle dobrze. Zresztą liczby nie mają tutaj nic do powiedzenia, liczy się to, co ma się głęboko skryte w sobie. W sumie nie wyobrażam sobie czasu, gdyby po pierwszym spotkaniu po prostu rozpłynęliby się, jak mgła w letnie poranki. Oni są z nami szmat czasu, kompletnie przerastają moje wyobrażenie, że da się ze mną i Tomem wytrzymać tak długo, jesteśmy czasami obaj nieznośni i potrafimy niejednemu kamieniowi zaleźć za skórę. I jeszcze długo z nami będą, a przynajmniej pozostaje mieć taką nadzieję.
I w szczególności potrzebni są fani. Gdyby ich zabrakło to cały nasz wysiłek, wkład pracy, poświęcenie i miłość, jaką w to wszystko wkładamy, poszłoby na marne. Oni nas kreują w jakimś stopniu, nasz wizerunek rozwija się wraz z nimi i to jak jesteśmy znani. Dzięki nim dotarliśmy do miejsca docelowego, dzięki nim ich liczba wciąż się mnoży. A Aliens jest przeogromną grupą, która będzie nam towarzyszyć wszędzie i zawsze. Pojadą z nami na koniec świata, właśnie to w nich najbardziej cenię. Ich oryginalność, pomysłowość, zaangażowanie w życie zespołu i wielkie poświęcenie drzemiące w każdym człowieku. Są na koncertach, wywiadach, spotkaniach, a na ulicy także można się na nich natknąć.
Nigdy im jeszcze za to wszystko z całego serca nie podziękowałem w imieniu całej czwórki. Zdecydowanie muszę to zrobić przy najbliższej okazji. Spójrzmy prawdzie w oczy, bez nich nie byłoby nas i tych płyt. Uwierzyli w naszą muzykę, uwierzyli w nas i to, co robimy, a to sprawiło, że chcemy tworzyć dalej. Mamy wiele inspiracji płynących z mnóstwa źródeł. Chcemy się z nimi dzielić sobą i swoimi przeżyciami, chcemy ich uczyć, przekazać pewną wiedzę, która powinna z nimi zostać w ważnych okresach życia. A być może dla niektórych na zawsze.
Biorąc pod uwagę wszystkie te aspekty, to nakładają się ono na jedno słowo, a właściwie dwa: muzyka i ludzie. Bez muzyki nie mógłbym żyć, a najtrafniej  nie miałbym po co.
Szuranie butów z białą podeszwą rozniosło się głucho po hali. Wuefista stanął przed zgrają uczniów z gwizdkiem w ręce. Luźne czarne dresy na jego nogach prezentowały się całkiem znośnie, choć były zbyt luźne. Ale kto ich tam wie. Biała koszulka opinała jego mięśnie, na co dziewczyny siedzące koło mnie reagowały cichymi pomrukami zachwytu pomieszanymi z chichotami.
 Dziś przystąpimy do kolejnych zajęć z gimnastyki.  Przeleciał wzrokiem po zebranych uczniach. – Jest ktoś chętny na rozgrzewkę?
Siedzący obok Tom powstał z ławki i od razu przystąpił do ćwiczeń. Wianuszek dziewczyn wyrwał się za jego postacią. Leniwie wstałem z siedziska, by rozpocząć najłatwiejszy punkt dzisiejszych zajęć.
Po rozgrzewce, która trwała chyba z dziesięć minut, jak nie więcej, nie miałem ochoty na nic więcej. Już samo bieganie w sobie jest męczące, a co dopiero rozgrzewające ćwiczenia do tego. Niewykluczone, że w żadnym stopniu nie nadaję się do takiego rodzaju wysiłku fizycznego. Choć, znając bliźniaka, stać go na znacznie więcej. Wystarczającą nagrodą za dumne pokazanie swojej osoby z tej mniej skromnej strony były nieustanne szepty i ukradkowe spojrzenia zarówno dziewczyn, jak i chłopców w jego stronę. Zdecydowanie mu to schlebiało.
 Co taki zmęczony? To dopiero początek  zagadnął między przerwą w piciu bliżej niezidentyfikowanego niebieskiego energetyku.
 Dziękuję, Tom – zwrócił się do niego niski mężczyzna.
 Co za cwel, jeszcze się do tego uśmiecha  burknął tuż przy moim uchu.  A te spodnie nie są przypadkiem za nisko?
 Przypominam, że ty także takie nosisz. I to na co dzień.
Pokazał mi język, po czym opadł na drewnianą ławę.
 Bill, Jack i Paul, idźcie na zaplecze, a tam ktoś wam powie, co macie przynieść.
Wyprostowałem się, a wraz ze mną średniego wzrostu chłopak z blond włosami i oczach o jasnych tęczówkach  Jack. Po drugiej stronie kroczył rudawy Paul, nazywany klasowym kujonem ze względu na okulary, wiecznie tłuste, bo już nie przetłuszczone, włosy i stały aparat na zębach.
Trójką zajrzeliśmy przez drzwi do ciemnego pokoju, po kolei weszliśmy i zapaliliśmy światło.
– Em… jak myślicie, co mamy wziąć?  spytał Paul z lekkim zdziwieniem.
 Myślę, że to  wskazałem płotki z przyczepioną do nich kartką.  Bierzcie.
Miała być jakaś osoba, która powiedziałaby nam dokładnie, co mamy ze sobą zabrać. Gdzie ona jest? Możliwe, że na zwolnieniu lekarskim, coś niedawno o tym wspominali.
Jeśli dobrze zrozumiałem to na dzisiejszej lekcji nauczyciel zamierza nas pozabijać. Skoki przez płotki wręcz nie mogą się skończyć dobrze. Bo kto umie tak wysoko nogi unieść i do tego jeszcze biec? Z pewnością nie ja.
Potarłem dłonią zwilżone czoło od lekkiego potu, zabrałem ostatnie płotki, a wychodząc jako trzeci z pomieszczenia, zgasiłem światło. Kiedy znalazłem się na sali, rozstawiłem sprzęt zgodnie z poleceniem, tworząc elipsę.
 Skoro już mamy biegi z przeszkodami, to może niedługo nam zrobią skok o tyczce, co?  zapytałem ironicznie najbliższą mnie osobę.
– Na pierwszy ogień pójdą  ponownie popatrzył na wszystkich  Zoe, Sarah, Simon oraz Nico. Ruchy, nie mamy całego dnia  ponaglił uczniów, którzy z ociąganiem zajęli swoje pozycje.
 Gotowi?
 A nie wytłumaczy nam pan czegokolwiek? Chociaż technikę streścić  poprosiła dziewczyna o ciemnej cerze i o drobnej figurze.
 Tutaj nie ma co tłumaczyć. Sami załapiecie, co i jak  powiedział mężczyzna i zaśmiał się, wpisując coś do notesu. – Start  zagwizdał, a grupka uczniów zaczęła biec.
Powiedzmy, że dali sobie radę, jak na pierwszy raz dobrze im poszło. Druga grupa też niczego sobie. Trzecia, w której znalazł się Tom, który wprost nie mógł się powstrzymać od popisów, była do tej pory najlepsza. Co prawda, zdarzyły się wywrotki, ale nie jakoś strasznie poważne. I wtedy przyszła kolej na mnie.
Spiąłem wszystkie mięśnie maksymalnie, a na komendę, pobiegłem przed siebie. Wszystko wyszłoby nieźle, gdyby nie jeden szczegół. Wspominałem już, że jestem łamagą? Tutaj udało mi się idealnie to pokazać. Za którymś razem za bardzo się rozpędziłem, poślizgnąłem na śliskiej posadzce, co zmieniło trochę moją pozycję. Nie udało mi się przeskoczyć tej barierki, zamiast tego z impetem o nią zahaczyłem i przewróciłem kilka następnych.
Niewyobrażalny ból rozniósł się po całej ręce. Spojrzałem na nią rozmazanym wzrokiem. Jedyne, co widziałam, to nieznany mi przedmiot z niej wystający. Szum w głowie nie dawał mi spokoju, nasilał się z każdą sekundą. Słyszałem więcej bicia własnego serca, aniżeli głosów osób z zewnątrz.
Ktoś delikatnie podniósł mnie z podłogi, druga osoba dzwoniła po karetkę, a brat mówił niezrozumiałymi dla mnie komunikatami. Zasłabłem, tak mi później powiedział.

*~*

Śnieg iskrzył się w każdym miejscu. Puchowa kołdra spowiła całe otoczenia wokół mnie, każdy płatek skrzypiał pod siłą nacisku moich śniegowców. Pomimo tego, że temperatura była mocno na minusie i do tego wciąż jestem chora, bo przeziębienie uczepiło się mnie, jak lep na muchy, wyszłam z domu. Nie żałuję swojej decyzji, w taką pogodę to ja mogę cały dzień na mrozie siedzieć, byle tylko móc podziwiać krajobraz miejski oprószony białą poświatą.
Znowu miałam się znaleźć pod tym samym adresem co kilka tygodni temu. Znowu muszę z nimi porozmawiać, a wszystko tylko dlatego, że dyrektorce nagle się przypomniało o tym, że ma nowych uczniów i zachciało jej się, abym złożyła im wizytę, bo twierdzi, że już czas najwyższy. Nie jest to takie złe, bo zaczęłam przepadać za ich towarzystwem. Trochę ich poznałam i przyzwyczaiłam się do obecności dwóch osobników o nazwisku Kaulitz.
Przeszłam wzdłuż żywopłotu porastającego posiadłość, do której zmierzałam. Od kilku minut słyszałam gwar rozmów, lecz nie sądziłam, że centrum zainteresowania może być posiadłość chłopców, a konkretnie chyba ich osoby, wskazywały na to transparenty z ich imionami lub logiem zespołu czy koszulki z ich podobiznami.
 Tędy to ja się z pewnością nie dostanę  mruknęłam, gdy zobaczyłam ochroniarza przed bramą. Przy wcześniejszych moich wizytach go nie było. Sama bym sobie takiego sprawiła, gdyby nastąpiło takie oblężenie miejsca, w którym mieszkam.
Powoli wycofałam się na palcach, a kiedy znalazłam się z powrotem po drugiej stronie płotu, przystanęłam.
Pomyśl przez chwilę, jak możesz się tam dostać?
Coś niespokojnie przemieściło się w plecaku, narzuconym na ramiona. Hunter, musiałam go wziąć ze sobą. Nikogo w domu nie ma, a psina sama zostać nie może, jeszcze by sobie jakąś krzywdę zrobił. Urósł sporo i jego waga także się zwiększyła, cudem udało mi się go wcisnąć do plecaka. Zamek ledwo dopięłam, a i tak musiałam zostawić małą szparę, by miał dopływ świeżego tlenu.
Spojrzałam na krzaki, na oko mają z pięć metrów wysokości. Nie przez takie rzeczy się przechodziło. Zdjęłam rękawiczki, po czym rozpoczęłam swoją wspinaczkę. Gałęzie kuły mnie w delikatną skórę na dłoniach. Większość łamała się z trzaskiem, jedynie siłą woli jeszcze kurczowo się ich trzymałam. Siedząc okrakiem na szczycie (miejmy nadzieję, że spodnie mi teraz nie pękną), rozejrzałam się po bokach. Zapewne wyglądam dość dziwnie na żywopłocie, ale jak mus to mus. Delikatnie zrzuciłam plecak na podłoże i zeskoczyłam na miejsce obok niego. Podniosłam torbę ze śniegu. Z tej strony jeszcze nie widziałam tego miejsca.
Zamarznięta sadzawka po środku, kilka ozdobnych roślin ogrodowych, przepięknie kwitnących wiosną, zaś teraz zaszronionych. Marmurowy posąg, zasypany czapami śniegu, przez co nie mogłam zobaczyć jego kształtu.
W oknie balkonowym na parterze świeciło się światło. Żwawym krokiem podeszłam do niego, ręką starłam szron. Zapukałam lekko w szybkę, a po chwili z drugiej strony zobaczyłam Toma z niemym pytaniem na twarzy.
 – Wpuścisz mnie? Proszę.
Otworzył drzwi, a do mnie dotarło ciepło domu, które buchnęło prosto w moją twarz opatuloną grubym szalikiem.
 Czemu weszłaś tędy?  Zamknął drzwi i wprowadził mnie do wnętrza domu.
 Z przodu roi się od fanek i do tego macie postawionego goryla. Wolałam nie ryzykować – przyznałam.  Jakieś ważne dla was wydarzenie, czy co?
 Przypominam, że za jakiś tydzień są Walentynki, ale myślę, że do tego przyczyniło się złamanie ręki przez Młodego.
Walentynki, nie lubię oraz nie obchodzę tego święta. W ogóle to ja go nawet nie rozumiem. Po co ustalać dzień dla zakochanych, oni powinni okazywać swoje uczucie tak na co dzień, a nie raz do roku. Ludzie powinni mieć tyle samo odwagi, by pisać walentynki dla drugiej osoby. A takie tylko raz do roku, staje się naprawdę nudne po jakimś czasie. Rok w rok o tej samej porze nastolatka zastanawia się czy któryś z chłopców zaprosi ją na tegoroczny bal, małżonka oczekuje od męża wykwintnej kolacji przy blasku księżyca i świeczkach, aby potem spędzić ze sobą upojną noc. Czy nie można tego robić codziennie? Nie, to lekka przesada, ale raz na tydzień nie zaszkodzi poświęcić więcej uwagi drugiej osobie.
 O mnie mowa?  Czarnowłosa postać zwróciła się do nas przodem, odsłaniając tym samym gips aż do łokcia.  Nieciekawie wygląda, co? Złamanie otwarte.
Kiedyś, bodajże w gimnazjum, miałam ważny sprawdzian do zaliczenia, ale, jak na mnie przystało, nie nauczyłam się do niego. Próbowałam wtedy najróżniejszych sztuczek na złamanie kości, chociażby palca. Żadna próba się nie powiodła, tak samo jak następne w późniejszym okresie.
Stłumione szczeknięcie wydobyło się z plecaka. Uśmiechnęłam się przepraszająco, otworzyłam zamek, a zaraz po tym wychyliła się spora głowa rottweilera o bursztynowych oczach.
 Nie będzie wam przeszkadzał?
 Co ty, mamy psy także i ten jest u nas mile widziany  powiedział Bill, głaskając psa po głowie. Odbiorca pieszczot oblizał jego palce i pozwolił na dalsze przyjemności z jego strony.
Nawet ten nieufny osobnik dał się mu pogłaskać, a zazwyczaj psy wiedzą, kto jest dobrym człowiekiem, potrafią w niezrozumiały do tej pory dla ludzkości sposób wyczuć intencje drugiej osoby. Dlatego też bliźniacy dostają ode mnie po kolejnym plusie na swoim koncie. Nie powiem, że ja to święta jestem. Sama wpisuję sobie minusy i przyznać muszę, że zdecydowanie górują one nad plusami.

           
Rozwiązywałam kolejne zadania, bo po to tu przyszłam. Miałam im znowu wszystko potłumaczyć oraz wykonać inne widzimisię dyrektorki.
 Naprawdę chce ci się to robić?  zawołał Tom sprzed telewizora.
W czasie gdy odrabiałam swoje i ich lekcje, zdążyli już wciągnąć z dwa filmy wraz z czterema paczkami chipsów. Nie do wiary, że robiłam coś za nich. To takie do mnie niepodobne. W ogóle ostatnio zachowuję się jak nie ja. Jakbym była dwoma różnymi osobami. I tu, i tam.
Odłożyłam długopis na bok. Wstając, przerzuciłam włosy przez ramię. Stanęłam za nimi, w telewizorze leciał bodajże horror lub film sensacyjny. Na jedno wychodzi. Przysiadłam na skraju fotela, pozwalając ciału powoli zsuwać się z krawędzi, by ostatecznie opaść na skórę.
Jakoś z ostatnimi dniami stałam się pewniejsza swojego zachowania wobec nich, pozwalałam sobie na wiele więcej.
 Nicka, jesteś miłą dziewczyną, jeśli się postarasz.
Słuszne spostrzeżenie, mało kto mi w życiu powiedział coś w tym rodzaju.
 A i owszem, jestem – potwierdziłam słowa Billa.
 Więc dlaczego, tak wiele osób odradza nam znajomości z tobą?  dopytywał.
 Ponieważ  zamyśliłam się chwilę.  Ponieważ poznali mnie tylko powierzchownie, gdzie jestem tą oschłą i zaprzestali próbować się przebić przez tę barierę. Odpuścili sobie tuż przy granicy, by się ze mną zakolegować. Poza tym różne pogłoski o mnie chodzą, głównie dlatego. Mają dziwne wyobrażenia, że mam predyspozycje do mordercy doskonałego. Tego i owego pewnie się już osłuchaliście, nie będę tego powtarzać. Na to, żebym była miła, trzeba solidnie zasłużyć. No i zaczęłam was lubić, co spowodowało, że odrzuciłam jedną ze swoich masek  zdziwiona swoją otwartością szybko zakończyłam wywód.
 Masz ich więcej?  pochwycił temat Tom.
– Oczywiście.
 To dość ciekawa sprawa, ale radziłbym zostawić ją na później. Teraz ważniejsza informacja. Zdecydowałaś się już na współpracę z zespołem? – zmienił taktykę wokalista. Od początku do tego dążył, lecz nie chciał się za bardzo narzucać.
Tak, rozważałam ją już. Wszystkie warianty za i przeciw. W sumie może się to okazać ciekawą przygodą. I podjęłam według mnie słuszną decyzję.

 Przemyślałam sobie to na spokojnie i postanowiłam, iż…  urwałam, patrząc na dwójkę chłopaków, różnych wyglądem, ale tak bardzo podobnych do siebie zachowaniem i charakterem. Niepowtarzalnym usposobieniem, z takimi ludźmi mogłabym widywać się codziennie, ewentualnie co dwa dni.  A co mi tam. Zgadzam się.

~
Nie taka pechowa, prawda?
Kolejny wpis – 10.12