środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 19

Przysięgam Wam, że już więcej nie będę pisać na głodzie!



Kroczyłam pewnie po przepełnionym uczniami szkolnym korytarzu. Łokciami torowałam sobie drogę do gabinetu, który powinnam była odwiedzić dawno temu. Następnym razem postaram się zapamiętać wszystko, co może mi się przydać w późniejszym czasie.
W jednej ręce trzymałam teczkę, od której zawartości zależało wiele, a najbardziej to to czy dalej będę współpracować z zespołem. Przecież tekst może im się nie do końca spodobać, chociaż szczerze muszę przyznać, że jestem zadowolona ze swojej pracy. Piosenka jest wydrukowana oraz czytelna, teraz wystarczy im ją przekazać, a potem czekać na ich reakcję i dowiedzieć się, czy odpowiada im taka wersja utworu. Oby im się spodobała, bo głowiłam się nad nią do samego świtu.
Drugą dłoń zaciskałam nerwowo na pasku plecaka przerzuconego przez jedno ramię. Stresowałam się, a nienawidzę tego uczucia. Ściska mnie wtedy w żołądku i nie jestem w stanie nic przełknąć, do tego dochodzi jeszcze sporadyczna chęć zniknięcia z danego miejsca.
Tak też czułam się i teraz. Mam ochotę rozpłynąć się wśród tych ludzi i obudzić się w zupełnie innym, odosobnionym miejscu. Byleby było daleko, abym nie musiała znosić tych wszystkich spojrzeń pełnych nienawiści lub pogardy, którymi coraz częściej jestem obrzucana. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, bo takie zachowanie wobec mnie jest zupełnie normalne, ale nie czułam się z tym komfortowo. Bowiem wiem, że teraz źródło tkwi gdzie indziej. Rówieśnicy unikali mnie jak ognia, lecz nie oznaczało to tego, iż będą sobie odpuszczać puszczanie plotek. Większość uczniów połknęłoby haczyk i nawet nie zorientowaliby się, kiedy wylądowali w paszczy rekina.
Wrażenie, że byłam osaczona z każdej strony, denerwowało mnie jeszcze bardziej. Umiem trzymać uczucia na wodzy przez długi okres, ale nie jestem ze stali. Nikt nie jest. Kiedyś pęknę jak mydlana bańka i zroszę wszystkich wokół swoim trudnym do zaakceptowania położeniem. Pokażę, jak to jest, gdy większość ludzi zaczyna cię ignorować. Przysięgłam to sobie jakiś czas temu, lecz jak na razie nie udało mi się tego dokonać.
Tak więc, idę z uniesioną dumnie głową, nie przejmując się otoczeniem (a przynajmniej starając się, by tak to wyglądało). Mam obrany cel i powinnam się go kurczowo trzymać. Oddycham płynnie, choć serce kołocze mi niebezpiecznie w piersi. W miarę możliwości staram się unormować niespokojne drżenie dłoni.
W tym momencie do moich nozdrzy dolatuje tak dobrze mi znany zapach. Połączenie owoców truskawki z mielonym imbirem. Tak pachniała tylko jedna ze znanych mi osób. I definitywnie nie powinnam czuć jego wody kolońskiej. Co prawda nie ma go już od dłuższego czasu, ale jego charakterystycznego zapachu nigdy nie zapomnę. Stał się on moim koszmarem, zarówno jak jego osoba.
On nie mógł wrócić, przecież wyjechał, przysięgając, że już nigdy nie przekroczy granicy tego miasta, że nie chce mieć ze mną do czynienia.
A właściwie uciekł, bo bał się odpowiedzialności, tym samym zostawił mnie samą z problemem. Tchórz jeden, który ratował swoją dupę za wszelką cenę. Ważne, że to mu się chociaż w życiu udało.
Zaniepokojona zaistniałą sytuacją, przyśpieszyłam kroku. Z zamyślenia nie zauważyłam, że zadzwonił dzwonek, obwieszczający początek zajęć w placówce. Dochodząc do drzwi gabinetu lekarskiego, uspokoiłam się. Woń słodyczy nie chciała mnie opuścić ani na krok. Sądziłam, że zniknie wraz z tłumem za drzwiami do klas. Przystanęłam na moment przed moim celem, po czym delikatnie zapukałam w drewno. Po korytarzu, niosącym echo, odbił się głucho ów dźwięk.
- Proszę.- Usłyszałam niewyraźny głos kobiety.
Nieśmiało otworzyłam drzwi, jakbym się bała, że za nimi ujrzę kogoś innego, niż kobietę z brązowymi włosami, upiętymi w koka z formularzem wypełnionym do połowy w ręce.
Zielone wzory, które denerwowały mnie za każdym razem, gdy musiałam przebywać w tym pomieszczeniu dłużej niżby wypadało, zdawały dodawać mi dzisiaj otuchy. Jakby zapewniały mnie, że jestem tutaj bezpieczna.
Zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam naprzeciw pielęgniarki.
- Kogo ja to widzę. A kiedy to miało się zgłosić do kontroli?- zapytała z ciepłym uśmiechem na ustach.
- Dawno- rzuciłam oschle.
Dziś nie jestem i raczej nie będę skora do rozmów.
- Zły dzień?- Powiedziawszy to, wyciągnęła z jednej z szuflad małe lusterko.
- Tak. Od wczoraj- uściśliłam, bacznie ją obserwując.
- Dobrze, możesz mi o tym opowiedzieć, jeśli masz na to ochotę- zachęciła.- Przekręć głowę w prawo.
Wykonałam jej prośbę, mocno zaciskając przy tym szczękę.
Podała mi do rąk przedmiot, który wcześniej wyciągnęła.
- Spójrz na nos, wydaje mi się, że jest już dobrze wygojony.
Zerknęłam na swoje odbicie. Gdyby postawili mnie w grupie dziewczyn, niczym bym się nie wyróżniała, poza kolorem włosów. Przeniosłam swój wzrok na nos. Wyglądał tak samo z tym, że patrząc na niego z boku, dało się zauważyć, że jest lekko krzywy. Cóż, da się to załatwić kilkoma sztuczkami. Nie uśmiechało mi się wczesne wstawanie, by ukryć ten defekt, ale z takim garbem przecież nie będę chodzić. Jak mus to mus. W sumie to za dużej różnicy mi nie zrobi, dam radę.
Oddałam lusterko w ręce kobiety.
- To jak? Opowiesz mi co nieco?- Pochyliła się nad biurkiem.- Wiesz, że możesz. To część mojego fachu, a ty, Nicka, wydajesz się czymś poirytowana.
Aż tak to po mnie widać? Szlag by to, muszę się nauczyć lepiej maskować uczucia.
Wyprostowałam się sztywno na krześle, nie zwracając uwagi na przenikający mnie wzrok brunetki.
Chociaż nie, nie chcę stać się kamieniem z tym samym wyrazem twarzy i z jedną pozycją na zdjęciach.
Westchnęłam, kładąc na blat czerwoną teczkę z książkowymi cytatami na okładce.
- Jestem wkurzona na dwie osoby, które obraziły mnie, choć nie są do końca tego świadome- powiedziałam w końcu.
Niebieskooka przeniosła wzrok na teczkę.
- Zgaduję, że nie chcesz, bym ją otwierała.
Skinęłam lekko głową.
- Dobrze, w takim razie, w jaki sposób cię uraziły?
Odsunęła się na krześle, żeby sięgnąć po grubą księgę na regale za biurkiem.
- Oglądała pani wczoraj telewizję? Albo słyszała chociaż plotki?- spytałam, nie wiedząc jak jej wytłumaczyć położenie, w którym się znalazłam.
- Wiesz, że ze mnie straszna plotkara.- Uśmiechnęła się szeroko.- Więc chodzi o bliźniaków Kaulitz?
Nie było to pytanie, ale wolałam na to odpowiedzieć.
- Tak- potwierdziłam.- Po części rozumiem to, co zrobili i po co to zrobili, ale jest mi przykro. Nie tego się po nich spodziewałam- przyznałam rozżalona.- Myślałam, że są inni. Jak widać, pomyliłam się w ich ocenie.
- Nie skreślaj ich z tylko jednego powodu. Przynajmniej nie teraz, daj im szansę wytłumaczyć to- doradziła, po czym wyciągnęła pudełko z cukierkami pudrowymi.
Nie wiem jak ta kobieta to robi, ale zawsze ma pod ręką coś, dzięki czemu jest w stanie poprawić mi humor. Co, jakby się tak bardziej zastanowić, wcale nie jest takie trudne. Wystarczy, że ma się pod ręką słodycz i można ze mną zrobić teoretycznie wszystko. W praktyce jestem bardziej powściągliwa.
Wskazała dłonią na pudełko.
- Częstuj się.
Wzięłam jednego cukierka i wsadziłam go do ust.
- Tyle, że ja nie chcę usłyszeć wyjaśnień. Wystarczy mi to, czego już się nasłuchałam. Nie chcę usłyszeć jeszcze jednej wersji tego samego zdarzenia. Co się stało, już się nieodstanie- wyrecytowałam na jednym wdechu.
- Rozumiem, ale musisz się liczyć z tym, że w ten sposób okłamujesz samą siebie. Tylko od nich jesteś w stanie uzyskać prawdziwą odpowiedź- przypomniała, gdy już stałam do niej tyłem.
Chwyciłam za klamkę, a zimny metal chłodził rozgrzaną skórę dłoni.
- Wolę żyć w niewiedzy- odpowiedziałam, nie do końca zgodnie z prawdą, na jej radę. Gdy nie usłyszałam nic więcej, wyszłam kierując się w stronę klasy, w której bliźniacy powinni  mieć teraz zajęcia.
Nie poczułam się lepiej, dzieląc uczuciami ze starszą osobą, wręcz przeciwnie- dopadły mnie jeszcze większe wątpliwości. A tego nie znoszę najbardziej.
Po raz drugi zapukałam do drzwi, tym razem do klasy trzydzieści siedem. Otworzyłam je, wychylając tylko głowę. Rozejrzałam się po klasie, a widząc czarną burzę włosów obok czapki, spod której dało się dostrzec dredy, uśmiechnęłam się ukradkiem zadowolona, że nie pomyliłam sal.
Zwróciłam się w stronę nauczyciela, prowadzącego lekcję. Mina mi zrzedła, kiedy zorientowałam się, że to nie kto inny, jak dyrektorka; kobieta, która, gdyby mogła, zabijałby samym głosem.
- Mogę porozmawiać z Billem i Tomem?- spytałam, głośno przełykając ślinę.
- Jeśli musisz- mruknęła niezadowolona starsza profesor.- Chłopcy, wyjdźcie z klasy.
Wśród uczniów rozniosły się szepty, lecz momentalnie ucichły, gdy lekcja została prowadzona dalej.
Odczekałam aż znajdą się na korytarzu obok mnie i zamknęłam za nimi drzwi.
- O co chodzi?- Szept Billa uświadomił mi, że nie zamieniłam jeszcze z nimi słowa.
- Nie musisz szeptać- wyszeptałam.- Mam dla was przetłumaczony tekst. Jest wydrukowany, więc bez trudu się z niego rozczytasz. Na razie mam jedną i jest to Ich Breche Aus czyli Break Away.- Podałam mu kartkę z obiema wersjami.
- Nareszcie- wtrącił Tom.- Myślałem, że zapomniałaś.
Zgromiłam go surowym wzrokiem.
- Ja nie zapominam. Nigdy- wycedziłam wściekle.
Zwróciłam się do jego brata.
- Chcę dowiedzieć się, czy odpowiada ci ten tekst. Jeśli tak, zabiorę się za następne.
- W domu przeczytam i dam ci znać, ok?- Chwycił kartki i złożył je na pół.
- Jasne- odpowiedziałam z zamiarem oddalenia się, bo zrobiłam to, co do mnie należało.
- A, Nicka!- zawołał czyiś głos.- Jestem ci winien wyjaśnienia.
- Nie- przerwałam, odwracając się do braci przodem.- Nie chcę ich słyszeć. Wystarczy mi to, co już wiem. I tam mam tego dość.
- Ale ty nic nie rozumiesz- zaprotestował, podchodząc do mnie.
- Rozumiem aż za wiele- burknęłam.- Wybacz, ale muszę iść. I wy też powinniście. Ta kobieta mnie nienawidzi, więc radzę szybko wracać na zajęcia- wyszeptałam ze złowieszczym półuśmiechem.
Odwróciłam się od bliźniaków, po czym zniknęłam za szafkami, głośno wpadając na jedną z nich.


Po telefonie od Kaulitza zabrałam się za tłumaczenie kolejnego utworu. I tym razem najpierw pisałam na komputerze, więc zajęło mi to zdecydowanie mniej czasu. Jakbym się uparła, mogłabym przetłumaczyć i dwie. A tak to miałam w dłoni tekst Der Letze Tag.
Dominick wszedł do mojego pokoju z dziwnym wyrazem twarzy.
- Znowu nie pukasz- powiedziałam zdenerwowana tym, że nigdy nie może tego zapamiętać.
Szybko starłam łzy wzruszenia, który spływały mi po policzkach po raz kolejny, czytając utwór zespołu. Odwróciłam się na krześle w jego stronę.
- Nie uwierzysz, kogo widziałem.- Zdawał się nie usłyszeć mojej uwagi.
- Jak mi nie powiesz, to z pewnością nie uwierzę- zauważyłam, siadając obok niego na łóżku, uprzednio wstając z krzesła.
- Nicka, widziałem go. On wrócił- powiedział, marszcząc brwi. Potarł dłonią nasadę nosa.
- Kto? Dominick, powiedz kto- naciskałam. Nie podoba mi się jego postawa. Coś jest nie tak.
- Tay. Jest tutaj.
Otworzyłam szeroko oczy, zdumiona. Zakryłam usta dłonią, bo bałam się, że jeśli tego nie uczynię, krzyknę. Czułam jak w szybkim tempie krew odpływa mi z twarzy, bledłam.
To niemożliwe. On nie ma prawa tu być. Nie teraz. Ale… jeśli to prawda, wiem skąd wziął się jego zapach w szkole. Tylko po co on wrócił? Mówił, że nie chce widzieć tego miasta na oczy. Przyjaciel, który postanowił uciec. Teraz jest tutaj.
Ogarnął mnie dziwny chłód. Musiałam wyjść.
- Nick, boję się- wydukałam, powstrzymując drżenie głosu.- Muszę się przejść.
Wstałam z łóżka, chwyciłam skórzaną kurtkę z oparcia i ponownie zwróciłam się do brata.
- Masz zapalniczkę?
Sięgnął do kieszeni i podał mi ów przedmiot.
- Rodzice są na dole?- zapytałam, bo nie słyszałam, by wrócili do domu.
- Tak, siedzą w salonie.- Popatrzył na mnie zmieszany.- Czy ty…?
Rzuciłam mu wymowne spojrzenie. Narzuciłam kurtkę na ramiona, wsadziłam zapalniczkę w usta, po czym otworzyłam okno na oścież. Przeszłam przez framugę, chłodny wiatr smagał mój policzek. Ślady po wcześniejszych łzach błyszczały w księżycowym świetle. Zeskoczyłam z okna, co nie obyło się bez bólu w kostkach. Wyprostowałam się, trzęsąc, by udać się w miejsce, do którego niegdyś uciekałam. Do bazy.


~
Kolejny wpis- 21.01
Lovegood Adrianna- A co to, wyścig szczurów, że się tak ekscytujesz? Masz rację, jestem straszna, ale to chyba już wszyscy wiedzą. Odpowiadam na każdy komentarz, bo mogę wtedy przekazać Wam, czytelnikom coś od siebie. Ale jak to? Jak możesz? Tom? Dobra, po części się z Tobą zgadzam, ale tylko po części! Jeszcze zdążysz go znowu polubić, a potem po raz drugi znienawidzić. Tak jest, Team Bill. Zdradzę Ci sekret, ale nikomu nie mów, okay? To z sałatą lodową i kapustą pekińską z życia wzięte jest. A dokładniej, to mnie się te dwa warzywa ciągle mylą...
Rose Kaulitz- Przepraszam, mam nadzieję, że potem coś zjadłaś. Lepsze dla nich kujonica niż kuzynka, lecz masz rację to było niemiłe. Wpadam do Ciebie i jakoś wpaść nie mogę.
unnecessery- Akurat Tolkiena przebrnęłam w bodajże miesiąc i zdecydowanie nie zamierzam wracać do tej lektury, choć ciągnie mnie by przeczytać Władcę Pierścieni. Każdemu podoba się co innego, a jak wiadomo twórczość Tolkiena jest specyficzna, Jest wiele celów życiowych, a to z pewnością się do nich zalicza. Mogę przybić Ci żółwika (piątek nie lubię) bo sama należę do takich osób. Wzięłam sobie wszystkie Twoje rady do przeanalizowania i stwierdzam, że tylko niektóre z nich wykorzystam. Oczywiście resztę będę brać pod uwagę, ale pozostaną one dla mnie mniej więcej w tym samym stanie. W sumie masz rację, powinnam bardziej akcje rozwijać, bo tak to tylko lanie wody, z którego nic nie wynika. Nauczyć czegoś czytelnika poprzez swój tekst jest niebywale trudne, a wnioski same z czasem się wyciągają. W szczególności na koniec historii.
Marta Rys- Pewnie, że Ci wybaczę, chociaż mam ochotę napisać coś zupełnie innego. A nie mówiłam? Trzeba było zjeść więcej. Czy się obrazi, pewna nie jestem, sama zobacz. Zamorduję Cię kiedyś za tak dużą dawkę miłości do mojej osoby, obiecuję.
KBill- To nie talent, to lenistwo. Czasami mam wrażenie, że stoję tam między Nicką i Nickiem i widzę wszystko, co oni tam robię. Prawdopodobnie dla tego, że bardzo mi przypominają pewne rodzeństwo. Wiesz, zawsze możesz ją sobie zrobić. No ja mam nadzieję, że na jakiś czas, bo inaczej to... w sumie to nawet nie wiem co, ale coś na pewno. Ano powiedział to po to, by nie wpaść w jeszcze większe bagno. Gdyby Tom powiedział, że to ich kuzynka, siedziałby w tym bagnie po uszy, a tak  to ma je tylko do kolan. Spierze się. 
Sylwia Szymańczuk- I doczekałam się tych zdjęć, są cudne. Nie krępuj się, możesz jeść.
Rosemary- Wybaczam, choć uważam, że nie mam za co. Miało to być postanowienie noworoczne- dłuższe rozdziały na blogu, ale jak widać szlag to trafił i są w efekcie takie same, krótkie. Chociaż na ferie zamierzam się bardziej do tego przyłożyć, więc może będą dłuższe odcinki. To ja będę czekać na to rozwinięcie. 

środa, 7 stycznia 2015

Rozdział 18

O, witam Was w nowym roku. Jakoś specjalnie się nic nie zmieniło... Proszę, proszę mamy tutaj dorosłą osiemnastkę.


18.

Koncentrowałem się. W tym momencie stałem na jednej z mniejszych scen, na których udało mi się już stać. Uchyliłem lekko powieki, unosząc przy tym jedną brew. Omiotłem spojrzeniem wszystkie zebrane osoby przede mną.
Z tyłu stali chłopcy, rozgrzewający ręce do zagrania utworów. Odwróciłem się do nich z zachęcającym uśmiechem, na co wszyscy zgodnie skinęli głowami. Poprawiłem słuchawkę w uchu, by przypadkiem mi nie wypadła, co dość często mi się zdarzało.
Słysząc pierwsze nuty, zwróciłem się w stronę publiki, która wpatrywała się w nas jak w obrazek. W ich oczach byliśmy kimś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju, a przynajmniej u części osób byliśmy. Nieprzeciętni. Wczułem się w rytm, dosłownie za kilka sekund zaczynam swoją część. Przymknąłem jedno oko, a gdy usłyszałem prawie niedostrzegalną dla kogoś z zewnątrz pauzę, wprowadziłem swoje struny głosowe w ruch.
Wyraźnie akcentowałem wyrazy do tego przeznaczone. Z każdą chwilą zatracałem się jeszcze bardziej w szaleństwie muzyki, które towarzyszyło mi od dzieciństwa. Skoro Gus, Georg i Tom dają z siebie, ile mogą, przy każdym występie, ja zamierzam dać z siebie jeszcze więcej. Wszystko musi wypaść perfekcyjnie albo doskonale, byleby nie przeciętnie.
  Wraz z moim głosem ściszał się też bas, by potem zagrać jeszcze głośniej, przebić się przez dźwięki wydawane przez inne instrumenty. Na scenie czułem, że żyję i to właśnie z nią wiążę plany na przyszłość, bo wręcz nie wyobrażam sobie życia bez tych wszystkich małych i dużych koncertów. One już stały się częścią mnie i mojego świata, a ja stałem się częścią nich.
Po zakończeniu dwóch wybranych przez całą czwórkę piosenek, stałem w pełni z siebie i z reszty zespołu zadowolony. Pojedyncze krople potu perliły mi się na czole, nie ze względu na wysiłek, lecz z okropnej duchoty panującej w pomieszczeniu.
Długo nie musieliśmy czekać na nagrodę, oklaski oraz okrzyki idealnie spełniły jej rolę. Uśmiechnąłem się usatysfakcjonowany, zabierając mikrofon ze sobą. Poprawiłem chustę na ramieniu, która przytrzymywała gips nieruchomo. Całe szczęście, że niedługo mi go zdejmą, bo zaczynam się czuć brudno.
Skrzywiłem się na myśl, co mogę zobaczyć po zdjęciu takiego rodzaju opatrunku. Jednak szybko oddaliłem od siebie ten obraz, nie pora teraz na rozmyślanie o takich rzeczach.
Najważniejsza część show właśnie się zacznie. Jeden podpunkt wykonany, więc czas zabrać się za drugi. A ta część w zupełności należy do Toma, niech się tym razem wykaże, bo ostatnio był jakiś przymulony.

                                                                    *~*                                                 

Minął dzień, a ja wciąż nie mogłam poskładać wydarzeń z wczorajszego dnia do kupy.
Simone.
Hunter.
Rzemyk.
Wyścigi.
Za dużo tego na raz, zaraz nie będę mogła normalnie odpowiadać na podstawowe pytania, za względu na mój przegrzany organizm.
Oglądałam piorunująco nudny program o leniwcach w specjalnym dla nich ośrodku, gdzie przebywają w momencie, gdy najbardziej tego potrzebują. Jakże ekscytująco i niezwykle szybko rozgrywała się walka pomiędzy osobnikami tego gatunku.
Nawet moje myśli zaczynają być sarkastyczne. Pozostawmy to bez komentarza, jeszcze ciekawe wnioski z tego powychodzą.
Dzień, jak co dzień. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Lekcje minęły zaskakująco szybko i bez zbędnych uwag nauczycieli, co do mojej skromnej osoby. Zupełnie jakby sobie odpuścili, ot tak. A to przecież do nich niepodobne, coś musiało być na rzeczy. Albo ktoś. Tylko co lub kto? Z dnia na dzień nikt się nie zmienia, a do tego wszyscy w tym samym czasie, co do osoby. Jakby się zmówili.
Po powrocie do domu nie miałam nic interesującego do roboty, chociaż powinnam zabrać się za tłumaczenie kolejnego kawałka, ale uznałam, że pierw oddam im ten gotowy i dopiero potem zobaczę, co da się zrobić z resztą. Także siedzę w salonie, na kanapie, oglądając odmóżdżające programy, obok mnie siedzi Dominick całkowicie pochłonięty szukaniem czegoś w internecie, a od czasu do czasu zapisując coś na pomiętej kartce z kalendarza.
Odwróciłam głowę w jego stronę, jednym okiem przyglądałam się mu, zaś drugim sprawdzałam co dzieje się na ekranie.
- Co robisz?- spytałam, wciąż przewijając kanały w telewizji. Zatrzymałam się dopiero, gdy natrafiłam na stację muzyczną.
- Szukam potrzebnych informacji- mruknął, notując numer telefonu na kartce.
Westchnęłam, jak zwykle zwięzła odpowiedź. Jak jest zajęty to wręcz nie da się z nim nawiązać kontaktu.
Do podnóża kanapy przydreptał uradowany rottweiler.
- Wskakuj- zachęciłam go, klepiąc dłonią koc, na którym siedziałam. Ostatecznie pomogłam psiakowi wejść, bo bidulka nie mógł sobie poradzić ze wskoczeniem. Ułożyłam go sobie na kolanach i zaczęłam drapać za uchem, co ewidentnie mu się spodobało, bo zaczął wesoło dyszeć.
Nick odłożył laptopa na bok. Rozciągnął się leniwie, ziewając, i skierował swoje miodowe oczy na mnie.
- Jak sprawdzian?
Spojrzałam na niego spod uniesionych brwi.
- Nie mów, że cię to interesuje- powiedziałam lekceważąco.- Poszedł mi dobrze.
Trochę gorzej niż dobrze, ale nie musi tego wiedzieć.
- To dobrze, bo ja właśnie znalazłem uczelnię- odpowiedział niby od niechcenia, a mimo to kąciki jego warg ułożyły się w nieśmiały uśmiech.
- Naprawdę?- niedowierzałam.
- Nie, na niby- sarknął. Przewrócił teatralnie oczami.- Muszę tylko zadzwonić.
- To na co czekasz?- rzuciłam, ściszając pilotem głośność telewizora.- Dzwoń. Teraz- ponagliłam, pieszcząc kulkę zwiniętą na kolanach.
- Jutro, muszę jeszcze coś sprawdzić.- Zbył moją prośbę machnięciem ręki.
- Rób jak chcesz.- Odpuściłam, przechylając głowę, by lepiej widzieć teledysk.
Przez kilka minut siedzieliśmy w ciszy między sobą, pogrążeni we własnych myślach lub zainteresowani piosenkami, lecz odgłos burczącego brzucha zwrócił uwagę Nicka. Posłał mi półuśmieszek, na co tylko wzruszyłam ramionami.
- Jestem głodna, zróbmy coś do jedzenia- zajęczałam, wstając z kanapy, uprzednio przenosząc drzemiącego Huntera na beżową tkaninę.- Chodź, pomożesz mi.
- Ale ja…- Zaczął protestować, a mimo to podążył za mną do kuchni.
- Nie jesteś teraz zajęty to mi pomożesz- skwitowałam sięgając w stronę jednej z półek.
- No dobra, to co mam zrobić?- Podszedł przyglądając się moim ruchom.
- Wyciągnij kukurydzę, czerwoną fasolkę i groszek z tamtej szafki.- Wskazałam palcem trzecie drzwiczki od lewej.- I odcedź od nich wodę. Zrobimy sobie tortille, hm?- zaproponowałam, wyciągając pierś z kurczaka z lodówki.
Sięgnęłam po nóż, po czym pokroiłam mięso w kostkę i wrzuciłam na rozgrzaną patelnię. Posypałam przyprawą do gyrosa i przykryłam przykrywką, by mięso szybciej się usmażyło.
- Kapusta pekińska czy lodowa?- Usłyszałam brata, który stał z dwoma warzywami w dłoni, nie wiedząc, który z nich powinien wybrać.
- Pekińska- odpowiedziałam.- Lodowa to sałata.
Upiłam łyk wody z butelki. Założyłam za ucho niesforne kosmyki włosów.
- Pokrój najdrobniej jak potrafisz- poinstruowałam i popatrzyłam na niego. Ściągnęłam brwi.- Powiedziałam pekińska, prawda?- Chciałam się upewnić.
- No tak, a co?- zapytał zdumiony, odkładając nóż na bok.
- To jest lodowa, Nick- skarciłam go. Uśmiechnęłam się, zabierając sałatę w celu podmienienia ją na właściwą zieleninę.
- Nigdy się nie nauczyłem tego w dzieciństwie, to i teraz tego nie zapamiętam.- Westchnął, kiedy mieszał zawartość półmisku, do którego wcześniej wkroiliśmy pomidory, oliwki oraz dorzuciliśmy warzywa, które miał za zadanie odcedzić.
Gdy kurczak był gotowy, zdjęłam go z palnika. Starłam ser i poprosiłam Starszego, by wyciągnął przygotowany już wcześniej sos z jogurtu, pieprzu oraz odrobiny ziół, w tym czosnku z lodówki.
- Nicka- zagadnął.- Wiesz, że jest pizza w zamrażarce?
- Niemożliwe- odpowiedziałam od razu. - Sprawdzałam wcześniej i jej nie było.
- A jednak ją znalazłem, ale już trudno. Zjemy to, co upichciłaś.- Wrócił z sosem w ręce.
- Razem to ugotowaliśmy- sprostowałam.- Teraz tylko w placki to pozawijać i możemy zasiadać do stołu- podsumowałam, biorąc ciasto w jedną rękę.
- Jesteś pewna, że nie ma w nich mleka? Wiesz, że nie toleruję laktozy.
- Wiem, i zapewniam cię, że nie ma tutaj ani krzty mleka. Sama chemia- pocieszyłam go, dając kuksańca w bok.
Z przygotowanych przez nas składników wyszło po dwie tortille na osobę i solidna porcja sosu. Umywszy ręce, zasiedliśmy do stołu.
Przez to całe gotowanie zrobiłam się jeszcze bardziej głodna, niż byłam wcześniej.
- Smacznego- powiedzieliśmy równocześnie, zabierając się za późny obiad.
Dawno nie jadłam czegoś swojej roboty, więc mogę stwierdzić, że wyszło nawet niezłe. Mój żołądek z pewnością będzie zadowolony do tego stopnia, że będzie kazał mi od razu pójść spać.
Dominick szturchnął mnie lekko łokciem. Posłałam mu pytające spojrzenie, zajadając się drugą porcją dania. Wskazał brodą ekran telewizora. Niechętnie się odwróciłam, a gdy ujrzałam swój lewy profil na zdjęciu z Simone, zakrztusiłam się jedzeniem. Brat poklepał mnie po plecach.
- Dzięki- wykrztusiłam, po czym wstałam od stołu.
Z zaciekawieniem przyglądałam się zespołowi, który siedział na czerwonej kanapie. Blondynka (powiedziawszy szczerze, nie wygląda na inteligentną. Wiem, stereotypy, ale no…) jak mniemam, zadawała im pytania.
- Ostatnio często widać tę dziewczynę w waszym towarzystwie, szczególnie bliźniaków- dodała.- Przybliżycie nam jej osobę?- Kobieta przysiadła się bliżej Billa.
Często? Przecież ja nawet z nimi nigdzie nie chodzę. Jedynie do szkoły i w ich domu, a tam przecież nie ma dziennikarzy. Chyba że nie umiem patrzeć, a to już inna sprawa. W ogóle to skąd to zdjęcie? Nic nie zauważyłam…
Tom pochwycił mikrofon od brata i zaczął wyjaśniać.
- To nasza ku…
- Kujonica- wypalił szybciej Bill, spoglądając na brata spod łba.
Kujonica? A to ciekawa, bo wybitna z nauki to ja nie jestem.
Założyłam ręce na biodra i tupałam nerwowo nogą, czekając na wyjaśnienia.
- Nie rozumiem.- Zmieszała się prowadząca.- Kujonica?
- Tak ją nazywamy- ciągnął dalej Kaulitz.- Jest inteligentna i pomaga nam w kilku sprawach.
- I do tego jest piekielnie denerwująca- wtrącił swoje trzy grosze Tom.
Nie miałam ochoty ich dalej słuchać, toteż wyłączyłam telewizor. Z mieszanymi uczuciami wróciłam do jadalni, gdzie siedział Nick, który nawet nie przerwał posiłku. Ba! Już zaczynał się dobierać do mojego.

*~*

- Odwaliło ci?- syknąłem zaraz po wywiadzie.
Co on sobie wyobraża? Jakby powiedział, co zamierzał Nicka nie dałaby mu żyć. Nie wspominając o mediach, które by o tym trąbiły bez końca przez najbliższe tygodnie.
- Chciałem ładnie wybrnąć z tej sytuacji- bronił się, wsiadając do auta z przyciemnianymi szybami.
- Następnym razem zostaw to mnie, bo gdybyś powiedział, że jest naszą kuzynką, byłoby z nami krucho. Mówiąc delikatnie. Użyj czasami mózgu, Tom, bo mam wrażenie, że z każdym dniem jest coraz mniejszy.
- Powiedział, co wiedział. Teraz ciebie będzie nękać, bo nazwałeś ją kujonicą.
- A ty niezłą dupą- odgryzłem się, kiedy ruszyliśmy w stronę hotelu, gdzie spędzimy ostatnią noc w Nurembergu.
- Niby kiedy?- powiedział zdziwiony, patrząc na mnie zaszokowanym wyrazem twarzy.
- Nie pamiętasz już? Skleroza dopadła?- zapytałem ironicznie, nie mogąc się powstrzymać od piskliwego głosu.
- Nie przypominam sobie- mruknął, gdy pocierał dłonią brodę, co miało spowodować, że jakimś cudem tak nagle mu się to przypomni.
- Nie myśl tak długo, słyszę jak ci trybiki w mózgu chodzą.
- To chyba dobrze, co nie?- odpowiedział mijająco, w momencie gdy skręcaliśmy na podjazd hotelu.
- Nie. To oznacza, że nie używasz go zbyt często- rzuciłem zdenerwowany, wysiadając z pojazdu trzaskając przy tym głośno drzwiami.
Momentalnie oślepił mnie blask fleszy, a mimo to przecisnąłem się między tłumem reporterów. Uśmiechnąłem się sztucznie, po czym zniknąłem za drzwiami ekskluzywnego budynku.



~
Dziwne, zrobiłam się głodna.

Lovegood Adrianna- Ja Cię nastraszyłam Simone? Wypraszam sobie, to wszystko zasługa Nicki. Żebyś wiedziała, jakie ona miała teorie... Normalnie już grób chciała kopać. Nie wiem jak ona to robi, ale chyba neutralność jest u niej wrodzona. Ale też nie chce się jakoś specjalnie narzucać i woli powiedzieć krótko i na temat, a nie za dużo.
Marta Rys- Ano zgadzam się, matka bliźniaków jest kochana. Mnie Tom w tej roli już zawsze będzie śmieszył, ale no wyrobił się w tym chłopak. Tak, żebyś wiedziała, że mam coś do tych serduszek. 
Sylwia Szymańczuk- Cóż, ja z moją siostrą mam podobnie, tylko że raczej nie pałam do niej zbyt wielkim entuzjazmem. Nawet nic o tym nie mów, tak nagle się przerzucić z "Pani" na "Simone", można się pogubić. O, ja też kocham te futrzaste kulki, które mruczą w nocy.
Ka.- W pełni się z Tobą zgadzam, to trzeba być Tobą, żeby takie rzeczy robić. Ale wiesz, Ty czytasz od tyłu, a ja liczę w pewnym momencie punkty na sprawdzianie do tyłu. Jeden rozdział, a można już się w akcji pogubić. Po pierwsze zbyt krępujące, a po drugie mało naturalne. Być może dała radę, ale to dziwne oraz trudne do zdefiniowania uczucie wciąż będzie ją prześladować. Tak, tak to jest jak się nie dba o swojego pupila. Niczego nie zamierzam zmieniać w stosunku Simone do Nicki, no chyba że coś mi po drodze stanie, a mam taką jedną sytuację. Ale jeśli się nie dowie, to będzie w porządku.
Adrianna Katarzyna- Ależ nie masz za co przepraszać, naprawdę. Ja się nawet nie przyznam ile mam zaległości, przeraża mnie to. Dasz radę, ja wierzę w Ciebie to i Ty uwierz w siebie i swoje możliwości. Dlaczego akurat różowe motylki? A nie na przykład: zielone? To strasznie irytująca czynność, bo potem nagle wracasz do rozmowy i nie masz zielonego pojęcia, co się wcześniej wydarzyło. A widzisz, czyli wcale nie spodziewałaś się czegoś bardziej "Wow" Twój mózg Ci to wmówił, wierz mi. Simone odpoczęła na chwilę, to z pewnością, i pogadała z przedstawicielką swojej płci.  Skorzystała z okazji, to pierwsza rzecz, a druga, że coś jeszcze się z bransoletkami w najbliższym czasie wydarzy.
unnecesarry- Nareszcie mogę odpowiedzieć na jakiś komentarz z Twojej strony, cieszę się niezmiernie. Mnie właśnie ostatnio też usuwają się całej i pięknie ułożone komentarza, co doprowadza mnie do szału, ale potem jakoś idzie. Przeważnie wszystkie niepowodzenia są spowodowane moją głupotą. Zabieg ten jest celowy, ma dawać wrażenie, że te myśli są jakby zupełnie innej osoby, co jest ważnym wątkiem. Wiadomo nie każdego interesuje to samo, zupełnie jak wyczerpująco długie opisy J.R.R Tolkiena; niektórzy się nimi fascynują, a inni pomijają. Muszę się rozwijać, bo inaczej stanę w miejscu, a tego nie chcę. Muszę się jeszcze sporo nauczyć. Akurat ta scena miała być humorystyczna i chyba mi się udało uzyskać zamierzony efekt. Pytasz, która matka kupuje synom biżuterię? Odpowiadam: Simone Kaulitz! Tak właśnie ją widzę, jako kumpelę dla wszystkich, ale też i kobietę, z którą można porozmawiać na poważnie. Dobre stwierdzenie, Nicka rzeczywiście potrzebuje trochę czasu, by przekonać się do ludzi i stwierdzić, że jednak są warci zaufania. 
A 19. już za tydzień- 14.01